Obserwatorzy

sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział 6 "Jeszcze nigdy się tutaj nie zdarzyło, aby ktoś zrzucił stolik. No, ale zawsze musi być ten pierwszy raz."

*perspektywa Harry'ego*

Minął tydzień od owej imprezy, a ja nadal nie mogę zapomnieć o Kimberly. Do dzisiaj czuję smak jej ust na moich wargach; czuję dotyk jej dłoni na mojej ręce. Jeszcze nigdy tak nie miałem. Poznałem w swoim życiu wiele dziewczyn, lecz jeszcze żadna nie pozostała mi w myślach na tak długo jak Ona. Zaczynam podejrzewać, że się w niej zakochałem... No, bo kto normalny przesiaduje godzinami wieczorami przy oknie i obserwuje każdy ruch laski, którą poznał zaledwie kilka dni temu? No właśnie, a ja tak robię! Niedawno odkryłem, że pokój Kim znajduje się naprzeciwko mojego, więc spokojnie mogę na nią patrzeć. Lecz samo gapienie się nie załatwi sprawy. Muszę ją złapać i z nią porozmawiać. Z pewnością nie nie będzie to łatwe, skoro się na mnie obraziła, ale kto nie spróbuje, nigdy się nie przekona, czyż nie?
Dochodzi właśnie 20.00, a ja zamiast oglądać z chłopakami fajny film na dole, to siedzę z nosem przy szybie i wodzę wzrokiem za Kimberly. To mi się raczej prędko nie znudzi. Nagle usłyszałem pukanie, zaś po chwili drzwi do mojego pokoju się otworzyły i stanął w nich Zayn, trzymający w ręku swój dezodorant. Zamachał nim w powietrzu, a następnie zapytał:
-Znowu go używałeś, tak?
-Przepraszam, znowu zgubiłem gdzieś mój.- odparłem i wróciłem do wcześniejszej czynności. Malik podszedł do mnie i uniósł do góry firankę.
-Co ty wyprawiasz?!- krzyknął.- Dlaczego to robisz?! (od autorki: drugi zwrot powstał na lekcji religii, kiedy to kolega, który siedzi ze mną w ławce próbował popisać długopisem plecy koleżanki, a ona zapytała: Dlaczego to robisz?!" x D)
-Co takiego?- udałem zdziwienie.
-Podglądasz tą dziewczynę!
-Jaką dziewczynę? Nieee, ptaszki sobie obserwuję.
-Ptaszki? Widzisz tam gdzieś jakiegoś ptaszka? Bo ja nie!
-No to widocznie jesteś ślepy!- powiedziałem i znowu skierowałem wzrok za okno. W tej chwili Kimberly gadała do laptopa; zapewne z kimś rozmawiała.
-Słuchaj, stary.- za sobą usłyszałem poważny ton głosu Zayna.- Do tej pory nie zwracałem uwagi na to, że wykorzystujesz różne dziewczyny, że krzywdzisz je, bawiąc się nimi jak lalkami. Ale teraz ci oświadczam, iż jeśli ją też zamierzasz wykorzystać, to ja na to nie pozwolę!
-O co ci chodzi?- zapytałem niemile zaskoczony. Jego zachowanie było co najmniej dziwne.- Zakochałeś się w niej, czy co?
-Nie. Po prostu nie chcę, żeby kolejna przez ciebie cierpiała.- po tych słowach wyszedł z mojego pokoju, trzaskając drzwiami. Ja zaś oparłem głowę na dłoniach i nadal wpatrywałem się w Kim.

*perspektywa Kimberly*

Już od tygodnia jesteśmy w Londynie. Wspaniale spędzamy czas, lecz wcale nie mówię, że ciągle chodzimy na imprezy. Od czasu tamtej feralnej nie byłyśmy na żadnej i raczej się nie zapowiada, żebyśmy poszły, a przynajmniej ja. Nie zamierzam kolejny raz budzić się w towarzystwie jakiegoś zboczeńca i to jeszcze nago! Chociaż muszę przyznać, iż Harry bardzo, a nawet cholernie mi się spodobał. Niby na niego nakrzyczałam, lecz później ciągle o nim myślałam.Właściwie od ostatnich kilku dni nic innego nie robię. Doszło nawet do tego, że śni mi się w nocy! Przed oczami staje mi jego twarz; jego zielone oczy, jego kręcone włosy i te dołeczki w policzkach. Boże, co się ze mną dzieje?! Muszę zająć się czymś pożytecznym, to może wtedy się uspokoję.
-Kimberly Jones, ty mnie w ogóle nie słuchasz!- wrzasnęła prosto do mojego ucha Gabrielle, jednocześnie stawiając mnie na równe nogi.
-Co robisz?- wkurzyłam się i zaczęłam przetykać mój biedny i poszkodowany narząd.- Chcesz, żebym ogłuchła?
-Przepraszam. Ale tak to jest jak ty gadasz, a ktoś siedzi i zamiast cię słuchać, to myśli o niebieskich migdałach.
-No już cię słucham.- rzekłam i poprawiłam się na krześle.- Więc mów od początku.
-Kim, musimy zacząć szukać sobie pracy. Pieniądze niedługo nam się skończą, a my mamy zostać tu prawie 3 miesiące.
-No i co według ciebie miałybyśmy robić? Do jakiej pracy się nadajemy?
-Nie wiem.- odparła.- Ale mam pewną propozycję. Przeczytałam w gazecie, że szukają kelnerek do kawiarni "Bon Bon" (od autorki: nazwa zmyślona). Znajduje się ona na Baker Street. To całkiem niedaleko stąd. Na piechotę jakieś 10 minut.
-Haha, świetny żart!- zachichotałam.- Już sobie wyobrażam siebie za barem, parzącą kawę dla jakiegoś biznesmena. Ja nawet herbaty nie potrafię zrobić!
-Masz jakiś lepsze pomysł?- skrzyżowała ręce na piersi i patrzyła na mnie zirytowanym wzrokiem. Nieźle ją dzisiaj wkurzałam.
-Nie wiem, może zatrudnimy się w cyrku jako pajace?- wzruszyłam ramionami.-- Wystarczy się powygłupiać i można nieźle zarobić.
Gabrielle chyba niezbyt spodobała się moja inicjatywa, gdyż zrobiła taką minę, jakby miała zamiar zaraz mnie udusić. W sumie, to nawet nie taki zły pomysł z tymi kelnerkami. Przecież mogę się wszystkiego szybko nauczyć. No i na dodatek zajmę sobie myśli czymś ciekawszym niż Harry. O ile roznoszenie kawy i innych pierdół może być ciekawsze.
-Dobra.- zgodziłam się.- To mogą być te kelnerki.
-Nie no, jak ci się nie podoba, to ja cię nie będę namawiać.- odparła obojętnie i skupiła wzrok na muszce, która spacerowała sobie po stole.
-Gabi, nie mów, że się obraziłaś?- podeszłam do niej i objęłam ją z tyłu za szyję.
-Nie, tylko ja się staram, a ciebie to nic nie obchodzi. Ja rozumiem, że chcesz w te wakacje przeżyć jakąś wyjątkową przygodę, ale mogłabyś chociaż czasem myśleć racjonalnie.
-Wiem.- przyznałam ze skruchą.- Obiecuję, że się poprawię. To co, kiedy idziemy?
-Najlepiej zaraz.
Obie udałyśmy się do swoich pokoi, aby wybrać jakieś odpowiednie ubranie. Ja zdecydowałam się na niebieską bokserkę, zieloną bejsbolówkę i dżinsowe szorty.
-Czekam na dworze!- uprzedziłam przyjaciółkę, gdy byłam już gotowa i zeszłam na dół. Następnie otworzyłam drzwi i usiadłam na schodach. Spojrzałam w stronę domu, w którym dokładnie tydzień temu imprezowałam. Zobaczyłam na podwórku tych dwóch chłopaków, którzy wycięli mi taki numer. Zaraz, jak oni się nazywali? Mam kiepską pamięć do imion. Z tego co wiem, to chyba Liam i Niall. W każdym razie jeden z nich, ten blondyn, zauważył mnie i zaczął do mnie machać. Później podbiegł do bramy.
-Cześć Kimberly!- wrzasnął.- Co tam u ciebie słychać?!
Wytrzeszczyłam szeroko oczy. Co on sobie wyobraża?! Jeśli myśli, że się do niego po tym wszystkim odezwę, to się grubo myli! Postanowiłam więc, że będę go ignorować. Jednak stało się to trudne, bo po chwili wspiął się na tą bramę i próbował przedostać się na teren posiadłości dziadków Gabrielle.
-"Boże, co ten kretyn wyprawia?!"- zastanowiłam się. Chciałam za wszelką cenę uniknąć spotkania z nim, więc zerwałam się z siedzenia i szarpnęłam mocno za klamkę.
-GABI!- wydarłam się.- Co ty do cholery jasnej tyle tam robisz?!
-Jestem w kiblu! Zaraz idę!
-Matko, ile można srać?!- wymruczałam pod nosem i poszłam do kuchni, skąd był doskonały widok na podwórko. Odetchnęłam z ulgą, gdyż nigdzie nie znalazłam tego chłopaka. Nareszcie pojawiła się moja przyjaciółka.
-No, możemy już iść.
Wspólnie udałyśmy się do wyjścia. Zakluczyłyśmy drzwi i ruszyłyśmy w drogę. Na moje nieszczęście Niall postanowił iść za nami.
-Piękną mamy pogodę dzisiaj, prawda?- za sobą usłyszałam jego głos. Nic na to nie odparłam.
-Co macie zamiar dzisiaj robić?
Nadal cisza. Kątem oka spojrzałam na blondynkę, która krztusiła się ze śmiechu. Nie no, ja się chyba zastrzelę!
-Długo się zamierzasz złościć?
Głucho.
-A odezwiesz się w końcu?
-NIE!- wrzasnęłam wkurzona.
-Hahaha, odezwałaś się!- klasnął w ręce i się roześmiał.
-Odwal się ode mnie, dobra?- rzekłam znudzonym głosem i poszłam dalej. O dziwo, nie poszedł za mną.
-Hahahahahahahahahaha!!!- tym razem Gabrielle wybuchnęła śmiechem na cały głos, a ludzie obok gapili się na nią, jak na wariatkę.
-Boże, jeśli mam sąsiadować przez najbliższe 3 miesiące z tymi pięcioma debilami, to ja chcę wracać do domu!- żaliłam się.- To jest jakieś skaranie boskie, że musiałyśmy trafić akurat na nich!

*kilkanaście minut później*

W końcu dotarłyśmy do celu naszej wędrówki. Muszę przyznać, że kawiarnia "Bon Bon" wywarła na mnie dość miłe wrażenie. Był to średniej wielkości budynek, prawie w samym centrum miasta. Dookoła niego posadzono kilka krzewów róż, a obok wejścia znajdowała się altanka, w której chyba również można posiedzieć. Ja i moja przyjaciółka spojrzałyśmy po sobie z zachwytem,  a następnie skierowałyśmy się ku drzwiom. Nasze przyjście oznajmił wszystkim dzwoneczek zawieszony na ścianie. Czekało nas kolejne oczarowanie. Bowiem wnętrze okazało się jeszcze piękniejsze. Ściany były pomalowane na kolor kremowy i pozawieszano na nich piękne obrazy. Dookoła porozstawiane stoliki z ciemnego drewna, a w kącie zauważyłam kilka foteli i biblioteczkę wypełnioną po brzegi różnymi książkami i czasopismami. Z głośnika dochodziła cicha i spokojna muzyka. Po prostu cud, miód i malina! Już czuję się tutaj jak w domu. Zaraz, powoli! Nie mogę się za bardzo przyzwyczajać, bo nawet mnie jeszcze tu nie przyjęli, o ile w ogóle to zrobią.
Z zamyślenia wyrwał nie głos Gabrielle, która kategorycznie zakazała mi bujania w obłokach i pociągnęła mnie w stronę lady, za którą krzątała się dziewczyna mniej więcej w naszym wieku, o rumianej cerze i brązowych włosach związanych w koński ogon.
-Cześć.- przywitała się Gabi i szturchnęła mnie w ramię, abym uczyniła to samo, a następnie zapytała:
-Czy mogłybyśmy porozmawiać z właścicielem?
-Proszę poczekać, zaraz zawołam.- odparła.- Możecie sobie usiąść przy stoliku.
Szatynka wyszła na zaplecze, a my postanowiłyśmy skorzystać z jej propozycji i udałyśmy się w stronę najbliższego wolnego stolika.
-Jakie te krzesła są wygodne!- stwierdziłam, gdy na jednym z nim spoczęłam. Potem zaczęłam się na nim kręcić. Przyjaciółka spojrzała na mnie jak na idiotkę.
-Przestań!- skarciła mnie, rozglądając się wokoło.- Zachowujesz się jakbyś miała owsiki!
-Przepraszam.- odparłam i założyłam nogę za nogę. Niestety, zrobiłam to trochę za mocno, gdyż walnęłam się o róg stołu, w wyniku czego on się zachwiał, a następnie upadł z hukiem na podłogę. Blondynka zakryła czoło dłonią. Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w moją stronę. Na dodatek ta dziewczyna, która nas powitała, opierała się o ladę i krztusiła się ze śmiechu, a jakaś kobieta, która najwyraźniej była właścicielką tej kawiarni, stała zaraz nade mną.
-Nic się nie stało!- wrzasnęłam i postawiłam przedmiot w odpowiedniej pozie.- Nikt i nic nie ucierpiało! Wszyscy są cali i zdrowi!
-Jeśli zamierzasz dostać tu pracę, to życzę ci powodzenia.- wyszeptała cicho Gabi.
-Jeszcze nigdy się tutaj nie zdarzyło, aby ktoś zrzucił stolik. No, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.- stwierdziła pani, a następnie się roześmiała.
-Bardzo panią przepraszam.- powiedziałam ze skruchą.- To z nerwów.
-Przyszłyście w sprawie pracy?
Chciałam coś odrzec, ale przyjaciółka zrobiła to za mnie, jednocześnie dając mi do zrozumienia, żebym lepiej się nie odzywała.
-Tak. Ja jestem Gabrielle Swan, a to Kimberly Jones. Przyjechałyśmy do Londynu z Polski, na wakacje. Potrzebujemy pracy.
-Dałabym sobie rękę uciąć, że jesteście stąd. Tak dobrze mówicie po angielsku.
-Ja pochodzę z Kanady, gdzie również mówi się po angielsku...
-A mój ojciec jest Anglikiem!- w końcu udało mi się wtrącić choć jedno zdanie.
-Widzę, iż jesteście bardzo sympatyczne i rozgadane.- zauważyła.- Ale to dobrze. Macie plus u klientów. Chodźcie za mną.
Właścicielka poprowadziła nas w stronę lady, za którą stała ta dziewczyna, która zapewne była tu kelnerką.
-Ja jestem Helen Stuart i jestem właścicielką i szefową tego lokalu. To jest Susan. Ona wam wszystko pokaże.
-To znaczy, że zostałyśmy przyjęte?- zapytała Gabrielle, a w jej oczach ujrzałam iskierki radości.
-No, może nie tak od razu. Najpierw musicie pokazać mi swoje umiejętności. Na przykład ty.- tu wskazała na mnie.- Obsłuż tego klienta, który akurat wszedł.
Spojrzałam w stronę drzwi i to, co zobaczyłam wprawiło mnie o zawroty głowy. To był Harry! I na dodatek mnie zauważył. Myślałam, że się zastrzelę. Zaczynam sądzić, że krąży nade mną jakieś fatum. Spanikowałam, w wyniku czego kucnęłam szybko i schowałam się pod ladą, aby mnie nie widział. Mogę się założyć, że Gabrielle ma ochotę mnie zabić i najprawdopodobniej zrobi to, gdy tylko stąd wyjdziemy.
-Na miłość boską, co ty wyprawiasz?!- cisnęła przez zęby i wyciągnęła mnie z powrotem do góry, a następnie wyszeptała do ucha.- Idź go obsłuż, bo nie ręczę za siebie.
Przełknęłam głośno ślinę ze strachu. Przyjaciółka jeszcze nigdy mnie nie biła, więc to oczywiste, że się jej boję. Zwłaszcza po tym numerze ze stołem. Podwinęłam więc rękawy od bejsbolówki i podeszłam w stronę stolika, przy którym zasiadł On.
-Co pany podać?- wydukałam z trudem.
-Proszę, co za spotkanie!- zachwycił się i zdjął okulary przeciwsłoneczne, które miał na nosie.- Pracujesz tu?
-Co panu podać?- ponowiłam pytanie, nie zważając na to, co mówił.
-A co pani poleca?
-Zależy, co pan chce zamówić.
-W takim razie poproszę sok i ciasto.
-Jaki sok i jakie ciasto?
-Sok pomarańczowy i szarlotkę.
Ruszyłam z powrotem do lady i przekazałam zamówienie Gabi, która miała je zrealizować.
-Znasz tego chłopaka?- zapytała mnie Susan. Popatrzyłam na nią zdziwiona.
-Czemu tak sądzisz?
-Tak dziwnie na niego zareagowałaś.
-Powiedzmy, że miałam z nim mały incydent. A co, ty też go znasz?
-Często tu przychodzi. Poza tym on jest...- zaczęła, lecz naszą rozmowę przerwała pani Stuart, która kazała mi zanieść posiłek Harry'emu.
-Proszę.- powiedziałam i postawiłam to przed nim.- Smacznego.
-Dziękuję. Sama piekłaś szarlotkę?
-A co, boisz się, że się otrujesz?
-Nie. Po prostu chciałem powiedzieć, że skoro ty piekłaś, to na pewno jest smaczne.
-Nie, nie ja.- odparłam i obrałam kierunek powrotny. Boże, jak ja go nienawidzę! A jednocześnie coś mnie do niego ciągnie, jak magnes do lodówki.
-Jesteście przyjęte!- oświadczyła z radością właścicielka kawiarni, a ja i Gabi zaczęłyśmy skakać z radości.- Możecie zacząć od jutra.
-Bardzo pani dziękujemy!- wrzasnęłyśmy obie naraz i ze szczęścia aż się na nią rzuciłyśmy.
-Wiedziałam, że nam się uda.- rzekłam, gdy już znalazłyśmy się w domu.
-Ja miewałam chwile zwątpienia.
-Kiedy?- udałam zdziwienie, choć dobrze wiedziałam, o co jej chodzi.
-Podczas akcji ze stolikiem na przykład. Trzeba być naprawdę nieźle stukniętym, żeby go zrzucić na podłogę.
-Widzisz? Jestem jedyna w swoim rodzaju!- wykrzyknęłam, zakładając ręce za głowę i oparłam się o kanapę. Gabrielle rzuciła we mnie poduszką i tak rozpoczęła się nasza bitwa. Właśnie tak wyobrażałam sobie te wakacje: pełno śmiechu, zabawy i przygód, w moim przypadku nie zawsze miłych.
______________________________________________

No cześć kochane! Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba. Nie wiem, czy akcja ze stolikiem Was rozśmieszy; pamiętam, że jak ją pisałam, to śmiałam się jak kretynka, bo wyobraziłam sobie to, jak Kimberly go zrzuciła na podłogę x D Dziwne, że jeszcze nikt z mojej rodziny nie oddał mnie do psychiatryka x D
Następny rozdział w sobotę za tydzień. Dzięki za wszystkie komentarze : ) Jesteście wspaniałe i kochane : )
Zaznaczę jeszcze, że Susan (jest to postać dedykowana Zulci : )) pojawi się w opowiadaniu. Dodam Wam dzisiaj jej zdjęcie, a w wolnym czasie dodam ją do zakładki "Bohaterowie". A oto nasza Susan:

Na razie! <3

czwartek, 27 grudnia 2012

Libster Award

Cześć! Wpadłam tutaj dzisiaj, ponieważ zostałam nominowana przez zacną panią Alicję Styles do takiej zabawy jaką jest Libster Award x D Pewnie większość z Was już wie, o co w tym chodzi, więc nie biorę się za tłumaczenie. Dziękuję za nominację i jako, że jest to pierwsza nominacja na tym blogu, to nominuję kolejne 11 osób. A więc zabieram się do dzieła:

1. Ulubiona piosenka One Direction?
Nie mam jednej. Stole My Heart, Everything About You, Heart Attack, Up All Night, Gotta Be You, Moments, I Would, Rock Me, Nobody Compares, Still The One...

2. Co myślisz o związku Harry'ego z Taylor?
Lubię Taylor, lubię jej piosenki. Jeśli naprawdę kocha Harry'ego, to mi tam nic do tego. Boję się tylko, żeby go nie zraniła i nie oczerniła potem w piosence. Ogólnie jest fajna, zawsze ją lubiłam, tylko gdyby nie jej stosunek do chłopaków. Miejmy nadzieję, że tym razem się zmieniła.

3. Z kim z zespołu poszłabyś na randkę?
Z Harrym <3 Ale najchętniej z wszystkimi naraz x D

4. Za co lubisz poszczególnych członków zespołu najbardziej?
Hmmm... Lubię ich wszystkich za ich głosy, za stosunek do fanów, za muzykę którą wykonują, ogólnie za wszystko!

5. Jaki jest Twój ulubiony film?
Znachor, Trędowata, Wasabi: Hubert Zawodowiec, Pająki, Titanic, Ręka nad kołyską, Jesteś bogiem, Nad życie, Człowiek w żelaznej masce i wiele innych...

6. Najgłupsza rzecz jaką zrobiłaś w swoim życiu?
Obraziłam moją koleżankę i potem tego bardzo żałowałam, bo cała klasa się ode mnie odwróciła.

7. Jeśli miałabyś spędzić cały dzień z wybranym członkiem 1D, kto by to był?
Harry : )

8. Dlaczego i od kiedy jesteś Directioner?
Directioner jestem od 2 lipca tego roku. Dlaczego nią jestem? Hmm... Sama nie wiem. Kocham 1D, ich muzykę i to, kim są. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez nich : )

9. Jakie masz największe marzenie?
Żeby pójść na koncert 1D, porozmawiać z chłopakami i dostać ich autografy.

10. Lubisz czytać opowiadania o 1D?
Wprost uwielbiam <3

11. Co Twoi znajomi sądzą o 1D?
Na początku moje przyjaciółki ich nienawidziły, ale z czasem, kiedy tak o nich nawijałam, nawijałam, nawijałam bez przerwy, przyzwyczaiły się. Boli mnie, jeśli gadają o nich pedały i geje, chociaż przecież nimi nie są! Ale teraz ich lubią : )

Dziękuję jeszcze raz za nominację zacnej Alicji. Teraz nominowane przeze mnie osoby to:

1. http://heart-attack-kimbery-crawford.blogspot.com/
2. http://please-help-me-i-love-you.blogspot.com/
3. onedirection9277.blogspot.com
4. http://iwish1-d.blogspot.com/
5. http://i-can-see-it-in-your-smile.blogspot.com/
6. opowiadnieoonedirection.blogspot.com
7. http://just-us-and-this-sick-world.blogspot.com/
8. http://imaginy-one-direction-polska.blogspot.com/
9. http://letmeloveyou1.blogspot.com/
10. http://adriana-louis-kissyou.blogspot.com/
11. http://czasemslowanicnieznacza.blogspot.com/

Pytania do Was:
1. Jak macie naprawdę na imię?
2. Którego chłopaka z 1D lubicie najbardziej i dlaczego?
3. Co skłoniło Was do napisania bloga?
4. Macie inne zainteresowania oprócz pisania?
5. Jakaś ciekawostka o Was (w sensie coś niezwykłego co macie albo potraficie zrobić)?
6. Byłyście kiedyś za granicą?
7. Ulubiony zespół oprócz 1D?
8. Macie jakieś gadżety z 1D?
9. Jak i kiedy wpadłyście na pomysł z założeniem bloga?
10. Od kiedy jesteście Directioners?
11. Czy chciałybyście koncert 1D w Polsce?

Wiem, pytania są głupie, ale nie chciało mi się wymyślać. Jeśli jest ktoś nominowany po raz kolejny, to przepraszam z góry, bo ja byłam na pierwszym blogu nominowana chyba z 6 razy i wiem, że to z czasem może stać się wkurzające. Jeśli nie chcecie, nie odpowiadajcie x D
Co do rozdziału, to powinien pojawić się jutro albo w sobotę. Ale raczej jutro : )
Pozdrawiam i dzięki za życzenia świąteczne pod ostatnim rozdziałem. Wiem, że spóźnione, ale również życzę Wam wesołych świąt! No co, ma się to wyczucie czasu? x D

 

sobota, 22 grudnia 2012

Rozdział 5 "(...)gdy następnym razem będę chciała wyjść na jakąś imprezę, to mnie kopnij w dupę i walnij cegłą w łeb"

*perspektywa Kimberly*

Obudziłam się o jakiejś barbarzyńskiej porze, w dodatku z okropnym bólem głowy. Nie pamiętam, co wczoraj robiłam. Obstawiam, że musiałam dużo wypić, bo bez powodu łeb by mi nie napierdalał. Z trudem przekręciłam się na drugi bok. Nagle poczułam, że dotknęłam swoją stopą czyjejś nogi. W tej chwili przypomniały mi się wszystkie horrory, kiedykolwiek przeze mnie oglądnięte. Odwróciłam głowę w lewo i to, co zobaczyłam do reszty mnie przeraziło. Obok leżał chłopak o kręconych włosach, którego widziałam po raz pierwszy w życiu. Wrzasnęłam głośno i wykonałam ruch nie do opisania. Obróciłam się, lecz nie zwróciłam uwagi, iż leżę na samym kraju łóżka, więc z niego spadłam. Przy okazji pociągnęłam za sobą całą kołdrę . Poturlałam się pod samą ścianę i z hukiem się o nią walnęłam. Niestety, na moje nieszczęście wraz z kołdrą pociągnęłam owego kolesia, który wylądował na mnie.

*perspektywa Harry'ego*

Całą noc spałem jak zabity. Jednak nigdy bym się nie spodziewał, że obudzę się w okolicznościach, w jakich się znalazłem. Nie dość, że cholernie bolała mnie głowa, to jeszcze się w nią uderzyłem. Ciężko otworzyłem oczy i co zobaczyłem? Że leżę na dziewczynie, która wydawała mi się dziwnie znajoma. Zaraz, zaraz, chyba mi się coś przypomniało. Czyżbym się z nią wczoraj całował na imprezie? Dobra, to w tym momencie nie jest istotne. Kimberly, bo z tego co wiem tak ma na imię, patrzyła na mnie przerażona. Uświadomiłem sobie, iż zapewne duszę ją ciężarem mojego ciała. Zszedłem więc z niej, jednak okazało się to błędem. Bowiem okazało się, że nie mam na sobie kompletnie nic, nawet bokserek. Znając życie ona też była odziana jedynie w nagość. Znajdowała się w o tyle lepszej sytuacji ode mnie, ponieważ przykrywała kołdra. Kim wrzasnęła  i zakryła oczy dłońmi, by tylko na mnie, a raczej na mojego "przyjaciela" nie patrzeć. Ja zaś rzuciłem się w stronę łóżka i chwyciłem leżącą tam poduszkę i ukryłem się pod nią.
-Co ja tu robię?- zapytała.
-Nie pamiętasz? Przyszłaś tu wczoraj razem ze swoją przyjaciółką na imprezę.
-Ale co ja robię w TYM pokoju, bez ubrań i to jeszcze z TOBĄ?! Boże, co myśmy tu wczoraj albo dzisiaj robili?
Szczerze, to ja też się nad tym zastanawiałem. Nie, na pewno nie! Bo gdybyśmy uprawiali seks, to bym przecież pamiętał! Takich rzeczy się nie zapomina. Jednak zagadka rozwiązała się sama, gdyż w tej chwili do mojej sypialni wparowali Liam i Niall. Na ich widok Kimberly zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej niż wcześniej.
-Przestań wrzeszczeć!- darł się Furby, zatykając uszy.
-Myśleliśmy, że inaczej zareagujecie.- powiedział Daddy. I właśnie w tym momencie wszystko ułożyło mi się w logiczną całość.
-To wasza sprawka?
-Co dokładnie?- zapytał blondyn, jakby spadł z Księżyca.
-To wy nas tu oboje położyliście, w dodatku bez ciuchów!
-Przepraszam, tak się schlałem na tej imprezie, że mało co pamiętam.- odrzekł na to Li. Ale dla mnie był to wystarczający dowód. Mimowolnie się roześmiałem. Kimberly popatrzyła na mnie jak na kryminalistę.
-Ciebie to bawi?- zapytała oburzona.
-Sorry, nie mogłem się powstrzymać.
-AAAAAAAAA!!! Zboczeńcy! Ratunku! Pomocy!- krzyczała. Moi dwaj przyjaciele stanęli jak wryci.
-Gdzie są moje ubrania?! Oddajcie mi je! Natychmiast!- rozkazała.
Liam wyjął z szafy ciuchy i jej podał. Przy okazji oddał mi również moje.
-Wyjdźcie stąd! Chcę się ubrać!- po tych słowach Payne i Horan posłusznie wyszli z pokoju.
-A ty na co czekasz?- tym razem zwróciła się do mnie. Nie chciałem dyskutować, od razu spełniłem jej polecenie.

*perspektywa Kimberly*

Boże, powiedz mi, że to jest koszmar i że zaraz się z niego wybudzę! Nie, takie domysły nie pomogą. Wiem, iż to co się przed momentem stało, było prawdą! Ja spałam nago w jednym łóżku z chłopakiem, którego za cholerę nie mogę sobie przypomnieć! Nie no, po prostu świetny początek wakacji! Nawet nie chcę myśleć, co powiedzieliby na to moi rodzice. Zapewne byliby ze mnie bardzo zadowoleni.
Ciekawe, co dzieje się z Gabrielle? Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że również ją rozebrano i położono do łóżka z jakimś zboczeńcem. A może tylko ja mam takiego pecha? W sumie to sama jestem sobie winna, bo z tego co wiem to ja wyskoczyłam z pójściem na tą imprezę. A ci faceci po prostu wykorzystali okazję, że upiłam się jak świnia.
Nagle uświadomiłam sobie, iż już od ponad 5 minut siedzę przy ścianie, okryta tylko kołdrą i zamiast ubrać się i czym prędzej zniknąć z tego domu, to pogrążam się w jakichś bezsensownych myślach. Chwyciłam więc swoje ciuchy, założyłam je i wyszłam z tego przeklętego pokoju. Od razu za drzwiami zderzyłam się z Tym chłopakiem.
-Przepuść mnie.- rozkazałam chłodno, starając się na niego nie patrzeć. Jednak podniosłam wzrok do góry.
-Słuchaj, przepraszam.- powiedział i przeczesał palcami swoją czuprynę.- To nie miało tak wyjść.
-A jak miało wyjść?
-Liam i Niall często robią mi takie numery. Uwierz mi, że nic nie wiedziałem o tym, że tym razem też to zrobią. A już na pewno nie brałem w tym udziału.
-Dlaczego mi się tłumaczysz?
-Chciałem ci tylko wyjaś...
-Ale mnie nie obchodzą Twoje wyjaśnienia!- przerwałam.- Przepuść mnie, chcę iść do domu!
-Kimberly, przysięgam ci, że nie miałem z tym nic wspólnego!
Nie słuchałam go. Nie mogłam zrozumieć, czemu za wszelką cenę próbuje przekonać mnie do swoich racji. Zachowuje się jakby był moim chłopakiem i za coś przepraszał. Boże, a jeśli... Chryste Panie, co ja mu naobiecywałam podczas tej imprezy?! Wystarczy, że wypiję choćby 2 szklanki czegoś z procentami, a już zaczynam głupkować. Jednak jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żebym kompletnie nic nie pamiętała. Być może to oznaka tego, iż powinnam przestać pić i chodzić na jakiekolwiek przyjęcia, dyskoteki i tym podobne, gdyż z tego wynikają same problemy, zwłaszcza w moim przypadku. Zbiegłam szybko po schodach na dół i zaczęłam wodzić wzrokiem dookoła w celu odnalezienia mojej przyjaciółki. Nie musiałam długo szukać, bo znajdowała się w salonie, swoją drogą nieźle zagraconym. Leżała na kanapie, a właściwie to na jakimś chłopaku, który trzymał rękę na jej brzuchu. Oboje spali w najlepsze, na szczęście w ubraniach. Podeszłam szybko w stronę owej sofy i zaczęłam mocno potrząsać za ramię Gabrielle.
-Wstawaj! No wstawaj!
Jednak ona ani myślała mnie posłuchać. Pomruczała coś pod nosem i przekręciła głowę na drugą stronę. Chyba mnie szlag trafi na miejscu!
-Znam lepszy sposób.- za sobą usłyszałam Jego głos. Odwróciłam się, by zobaczyć co takiego kombinuje. Mianowicie, poszedł do kuchni; zaraz wrócił z dwoma szklankami wody w ręku. Wylał to wszystko na naszą parę śpiochów, która momentalnie się obudziła. Nie, obudziła to za małe słowo. Raczej powinnam dodać: "Obudziła się z wielkim hukiem". Ponieważ gdy tylko ich twarze zetknęły się z przezroczystym płynem, wrzasnęli przeraźliwie i spadli z kanapy. Haha, skąd ja to znam? Chyba mam jakieś deja vu.
-Co ty wyprawiasz?!- krzyknęła Gabi, wstając z podłogi. Jej mokre oblicze- niezapomniany widok.
-To jego sprawka!- odparłam, wskazując na chłopaka w kręconych włosach. Dziwne, ale jakoś nie mogłam sobie przypomnieć jego imienia.
-Ej!- oburzył się.- Myślałem, że współpracujemy!
-My? Chyba ci się coś pomyliło. Zwłaszcza po TYM.- wywarłam nacisk na ostatnie słowo, a następnie pociągnęłam moją przyjaciółkę w stronę drzwi.- Gabi, wychodzimy!

*perspektywa Harry'ego*

Pognałem za Kimberly do drzwi, ale okazała się szybsza. Cholera jasna, chyba zaraz poucinam jaja moim "kochanym" kolegom. Akurat teraz musieli sobie przypomnieć o swojej dawnej zabawie pod nazwą "łóżkowa rozbieranka"! Nie wiem dlaczego, ale ta dziewczyna bardzo mnie obchodziła i to, że się na mnie obraziła, stało się dla mnie trochę przykre. Obiecałem sobie, iż ją przeproszę i nie dam jej spokoju, dopóki nie uzyskam przebaczenia. Chociaż tak naprawdę to Liam i Niall powinni nas oboje przeprosić, ale ja też mam do tego powody, bo przecież zamiast się na nich wydrzeć, to rechotałem jak głupi.
Z tymi przemyśleniami wróciłem do salonu, gdzie zastałem Louisa, który siedział na kanapie i podpierał głowę rękoma. Wyraźnie był smutny. Usiadłem więc obok niego i zapytałem wprost.
-Zakochałeś się w tej blondynce, prawda?
Pasiasty spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem, jakbym właśnie powiedział, że zjadłem jego cały zapas marchewek.
-Tobie chyba na łeb padło!- zdenerwował się.- Dobra rada na przyszłość: nie pij tyle, bo promile źle działają na twój mózg.
-Nie gadaj głupot, bo sam wczoraj piłeś.
-Ale nie opowiadam żadnych pierdół jak potłuczony.- odburknął.
-To nie są pierdoły, tylko fakty.
-Nawet jeśli, to tobie nic do tego.
-Lou, kochanie, nie wkurzaj się tak, bo złość piękności szkodzi.- rzekłem i pogłaskałem go po włosach. On się roześmiał.
-Oj Harry, ty to jesteś pojebany.
-Ty nie lepszy.- odpowiedziałem i przytuliłem się do niego jak do brata.

*perspektywa Gabrielle*

Kimberly chyba do reszty zwariowała. Wczorajsza, a może nawet dzisiejsza dawka alkoholu niezbyt dobrze na nią podziałała. Jestem ledwie żywa, a ona ciągnie mnie po schodach, jak jakiegoś zdechłego psa. Gdy znalazłyśmy się w salonie, od razu walnęłam się na kanapę i z uwagą zaczęłam obserwować poczynania mojej przyjaciółki, która rzuciła kluczami o ścianę, zaś potem kopnęła nogą w drzwi.
-Ty się dobrze czujesz?- zapytałam ją z troską.
-Nie!- odparła i usiadła albo raczej wyskoczyła na sofę, która o mało co nie wywróciła się do tyłu.
-Właśnie widzę. Opowiadaj, co się stało. Albo nie, sama zgadnę! Zakochałaś się w Harrym!
-Co?!- wrzasnęła i zrobiła wyłupiaste oczy.- W jakim Harrym?!
-W tym Harrym, z kręconymi włosami, z którym całowałaś się na imprezie. No nie mów, że nie pamiętasz!
-Gabrielle, co ty pierdolisz?!
-Przysięgam, że to prawda! Sama widziałam. Haha, mam rację! Zakochałaś się w nim.
-Rozkazuję ci, abyś natychmiast wypluła te słowa, jeśli choć odrobinę mnie lubisz.
-Ale to prawda!
Nie zdołałam jej do tego przekonać. Niemal siłą zaciągnęła mnie do kuchni i kazała pluć do umywalki. Niestety, musiałam to zrobić. Zaczęłam się nawet poważnie zastanawiać nad tym, czy nie powinnam jej zabrać do psychiatry.
-Nie chcesz wierzyć, to nie. Ja i tak wiem, co widziałam. Idź do niego i zapytaj, a przekonasz się kto miał rację.
-Nigdy w życiu nie przekroczę progu domu, w którym ONI mieszkają.- oświadczyła wyniosłym tonem, skrzyżowała ręce na piersi i uniosła dumnie głowę.
-Pragnę ci przypomnieć, że to był twój pomysł z pójściem tam na imprezę.
-Właśnie! Więc gdy następnym razem będę chciała wyjść na jakąś imprezę, to mnie kopnij w dupę i walnij cegłą w łeb.
-Dlaczego?- zdziwiłam się, chichocząc pod nosem.
-Bo mam teraz nauczkę na całe życie, żeby nie wpraszać się na przyjęcia do obcych osób, zwłaszcza do zboczeńców!- wykrzyczała jednym tchem i o mało się nie zapowietrzyła.
-Jakich zboczeńców?
-Wykorzystali okazję, że się upiłam, rozebrali mnie i położyli do łóżka z tym, jak mu tam... Harrym! A on jeszcze się z tego śmiał, potem przepraszał i próbował przekonać, ze on niby nic nie miał z tym wspólnego! Nienawidzę gościa!
Mimowolnie się roześmiałam. Kimberly zawsze musi się coś "ciekawego" przytrafić. Ostatnim razem koledzy z naszej klasy zamknęli ją w męskiej ubikacji i musiała siedzieć tam do końca lekcji, bo o niej zapomnieli. Jak ona się wtedy na nich darła! Nie dziwię się więc, że teraz też się wścieka i żałuje, że poszła na tą imprezę. Ale ja nie żałuję. Poznałam Louisa i wcale nie twierdzę, że jest on "zboczeńcem". Jest fajnym chłopakiem i szczerze mówiąc, chciałabym się z nim bliżej poznać. Coś mnie do niego ciągnie jakby był jakimś magnesem. W dodatku te jego piękne, niebieskie oczy, przyprawiające mnie o zawroty głowy. A gdy trzymał mnie za rękę, kiedy tańczyliśmy, moje ciało przechodził elektryzujący dreszcz. Boże, co ja plotę?! Czyżbym się w nim zakochała?

sobota, 15 grudnia 2012

Rozdział 4 "Macie bardzo sympatyczną ścianę."

*perspektywa Gabrielle*

Kiedy tylko za moimi dziadkami zamknęły się drzwi, Kimberly wrzasnęła głośno coś niezrozumiałego i odstawiła jakiś taniec plemienia murzyńskiego. Następnie chwyciła mnie za ręce i obie zaczęłyśmy skakać dookoła.
-Czy ty się na pewno dobrze czujesz?- zapytałam, przyglądając się jej uważnie.
-Czuję się świetnie!- odparła i pociągnęła mnie w stronę wyjścia.
-Co ty wyprawiasz?
-Jak to, co? Idziemy zwiedzać miasto!
-Nawet nie rozpakowałyśmy jeszcze walizek!
-Na to przyjdzie czas później. Teraz chodź.- rozkazała, zakładając małą torebkę na ramię.
-Poczekaj, wezmę tylko aparat.

*kilka godzin później*
*perspektywa Kimberly*

-Boże, jak mnie bolą nogi!- westchnęłam głośno i walnęłam się na kanapę w salonie.
Ja i Gabi obeszłyśmy chyba cały Londyn. Byłyśmy na Tower Bridge, przy Big Benie, w kapsule na London Eye, po prostu wszędzie! Narobiłyśmy tyle zdjęć, ile normalni ludzie robią przez całe wakacje. A dla nas to przecież dopiero początek!
-Sama jesteś sobie winna.- odezwała się moja przyjaciółka i usiadła na fotelu, naprzeciwko mnie.- To był twój pomysł ze zwiedzaniem miasta.
-Ale przyznaj, że się opłaciło.
-Masz rację, Londyn jest wspaniały.- przyznała z zadowoleniem.
-Która godzina?- zapytałam, przecierając oczy. Strasznie chciało mi się spać i najchętniej położyłabym się na tej sofie.
-Dochodzi ósma.- odparła, spoglądając na zegarek w swoim telefonie.- Dobra, trzeba będzie się rozpakować.
-Niee, tylko nie to!
-Mówiłam, żeby zrobić to wcześniej, ale ty się uparłaś, żeby iść.
-Gabi, ty jesteś taka zaradna i pomocna. Bądź tak miła i mnie też rozpakuj.- zamrugałam przymilnie oczami.
-O nie, nie ma tak dobrze.- blondynka się nie zgodziła i pociągnęła mnie za sobą na górę.
-Jutro nie dam rady wstać z łóżka.- narzekałam i weszłam do swojego pokoju.
Z niechęcią spojrzałam na stojącą przy ścianie walizkę. Chcąc nie chcąc, musiałam ją opróżnić; położyłam bagaż na podłodze, odsunęłam zamek i wyciągnęłam z niego kilka rzeczy, które włożyłam do szafy. Szło mi to całkiem sprawnie, dopóki nie usłyszałam skądś muzyki. Rozejrzałam się dookoła i w pewnym momencie mój wzrok zatrzymał się na widoku za szybą. Naprzeciwko siebie zobaczyłam wielki dom, a dokładniej jedno z pomieszczeń. Było ono niezwykle oświetlone i kręciło się tam mnóstwo ludzi.
-Impreza!- klasnęłam w dłonie i pognałam czym prędzej do sypialni przyjaciółki.
-Co się stało?- wystraszyła się,ponieważ wpadłam tam z hukiem, jakby właśnie wybuchł pożar.
-Idziemy!- krzyknęłam i pociągnęłam ją za rękę w stronę wyjścia.
-Ale gdzie? Co ty wyprawiasz?
-Musimy jakoś uczcić nasz przyjazd tutaj. W domu obok jest jest impreza.
-I co? Że niby ja i ty na nią pójdziemy?
-Dokładnie!- ucieszyłam się.
-Chyba zwariowałaś!
-Dlaczego? Niby co w tym złego?
-Po pierwsze: dopiero co podobno bolały cię nogi...
-To było 5 minut temu.- przerwałam jej.
-Po drugie: jestem naprawdę zmęczona po dzisiejszej kilkugodzinnej eskapadzie i jedyne o czym marzę to kąpiel i ciepłe łóżko. A po trzecie: jeśli myślisz, że cię tam wpuszczą to na serio jesteś nieźle stuknięta.
-No weź, nie bądź taki drewniak. Błagam, chodź ze mną, będzie super!
Ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się! Szybko się przebrałyśmy, uczesałyśmy i praktycznie byłyśmy gotowe. W końcu stanęłyśmy przed drzwiami Tego domu...

*perspektywa Gabrielle*

Boże, powiedz mi, co nie opętało?! Dlaczego ja się na to zgodziłam? Nawet jeszcze nie weszłyśmy do środka, a ja już mam ochotę wrócić z powrotem.
-"Nie rób tego!"- wrzasnęłam w myślach, gdy Kimberly nacisnęła dzwonek.
Za późno; po chwili obie usłyszałyśmy zgrzyt zamka i drzwi się otworzyły. Stanął w nich chłopak o brązowych włosach, postawionych do góry i niebieskich oczach, w których bezgranicznie się zatopiłam. Był ubrany w biały T-Shirt w niebieskie, poziome paski i żółte rurki. Chciałam przestać się na niego gapić, ale nie mogłam. Jakaś siła mi nie pozwalała.
-Cześć.- przywitał się. Na dźwięk jego głosu o mały włos nie upadłam z wrażenia. I ten zniewalający uśmiech! Co się ze mną do jasnej cholery dzieje?!
-O co chodzi?- zapytał.
-Siema! Ja jestem Kim, a to moja przyjaciółka Gabi.- przedstawiła nas.- Jesteśmy nowymi sąsiadkami. Zdaje się, że się tu u was jakaś impreza szykuje.
-Owszem, wchodźcie.- powiedział i cofnął się, aby umożliwić nam wejście.
Kimberly nie czekała ani chwili. Wparowała tam i zostawiła mnie sam na sam z tym przystojniakiem.
-A ty nie wchodzisz?
-Wcho... Wchodzę...- wydukałam.
Zaczęłam wodzić wzrokiem za szatynką. Stała przy stoliku z alkoholem i rozmawiała z chłopakiem, który miał burzę loków na głowie.
-Rozgość się.- powiedział do mnie pasiasty.
-Skąd wiedziałeś, że przyszłyśmy na imprezę?- zapytałam ciekawie.
-Kobieca intuicja.- mrugnął znacząco.- A przy okazji, jestem Louis.
-Gabrielle- odparłam.- Przepraszam za Kimberly. Ona jest nierozgarnięta.
-Spoko, nic się nie stało.
-Lepiej pójdę i sprawdzę, co się z nią dzieje.- rzekłam i ruszyłam w stronę przyjaciółki.
Stwierdziłam, iż bawi się świetnie. Śmiała się w najlepsze i rozmawiała z czterema chłopakami, którzy wydawali mi się dziwnie znajomi. Miałam wrażenie, jakbym ich już gdzieś widziała lub spotkała. Jednak w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć.
-Gabi, poznaj moich nowych kolegów: Niall- wskazała na blondyna.- Zayn- wskazała na czarnowłosego.- Liam- wskazała na szatyna.- i Harry- wskazała na kręconego.
-Cześć!- krzyknęli chórem.
-Hej!- odpowiedziałam, a następnie pociągnęłam Kim za ramię w bok.
-Co ty wyprawiasz?- zapytałam z pretensją. Miałam powody do złości, bo znalazłyśmy się tu zaledwie 5 minut temu, a ona już jest pijana! No, ale czego innego mogłam się po niej spodziewać?!
-O co ci chodzi?- zdziwiła się.
-O co mi chodzi? O to, że jesteś pijana!
-Oj tam, oj tam.- machnęła ręką i pociągnęła pozostałą w jej butelce resztkę piwa.- Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam się dzisiaj dobrze bawić i schlać jak świnia. Na razie!- skinęła dłonią w celu pożegnania i chwiejnym krokiem pobiegła w stronę tańczącego tłumu.
Westchnęłam ciężko i oparłam się o ścianę. Skupiłam się na obserwowaniu biesiadników. Kimberly śmiało można było określić jako królową imprezy. Kilkanaście osób stworzyło wielkie koło, a ona stała w samym jego środku, położyła ręce na biodrach i kręciła się w kółko. Po chwili dołączył do niej Harry. Ledwie trzymali się na nogach, ale nie przestawali tańczyć. Nagle przed moimi oczami pojawił się Louis i od razu ogarnęło mnie takie miłe uczucie, jakby fala ciepła zalała moje serce. Zastanawiam się, dlaczego na jego widok miękną mi kolana. Czyżby to znaczyło, że ja... Nie, to niemożliwe! Nawet nic z procentami nie wypiłam, a już jakieś głupoty przychodzą mi do głowy!
-Jak się bawisz?- zapytał i uśmiechnął się od ucha do ucha.
-Świetnie.- odrzekłam.- Macie bardzo sympatyczną ścianę.
-Wiem, też ją lubię.- i również się o nią oparł. Moje ciało przeszedł dreszcz, bo jego ramię dotykało mojego ramienia. W końcu się opamiętałam i spuściłam głowę w dół, a twarz oblał mi rumieniec.
-Może ze mną zatańczysz?- zaproponował.
-M... może lepiej nnie...- wyjąkałam, lecz zaraz dodałam.- A właściwie... czemu nie?- i pewnie podałam mu rękę, a następnie ruszyliśmy na parkiet.

*kilka godzin później*
*nadal perspektywa Gabrielle*

Dobra, przyznaję się do błędu. Pouczałam Kimberly, żeby nie piła, a sama jestem rąbnięta jak mało kto. Dochodzi już 3 w nocy. Większość towarzystwa się rozeszła; zostałam tylko ja, Kim i chłopaki. Muszę przyznać, że to bardzo fajni kolesie. Zwłaszcza Louis, z którym przetańczyłam chyba wszystkie tańce. Zauważyłam, że Harry'emu spodobała się moja przyjaciółka. Właśnie teraz Zayn, stojący za konsoletą, puścił wolną piosenkę. Spojrzałam na Lou, który znowu wyciągnął mnie na parkiet. Co prawda, byłam już bardzo zmęczona, ale nie potrafiłam mu odmówić.

*perspektywa Kimberly* 

-Zatańczysz?- zapytał mnie po raz kolejny już dzisiaj Harry.
-Jasne, chodź.- zgodziłam się.
Akurat leciał jakiś kawałek Ed'a Sherann'a . Niestety nie zdołałam sobie przypomnieć tytułu. Ba, jestem tak pijana, że nawet swojego imienia nie pamiętam. Cholernie boli mnie głowa i chyba się jutro nie podniosę z łóżka. Stanęliśmy z Loczkiem na środku parkietu. On objął mnie w talii, a ja zarzuciłam mu ręce za szyję i zaczęliśmy bujać się w rytm piosenki.
-Od jak dawna mieszkacie w Londynie?- odezwał się.
-Dzisiaj, a właściwie wczoraj się przeprowadziłyśmy. Dziadkowie mojej przyjaciółki wyjechali w podróż i my mamy się zająć ich domem do ich powrotu. Zostajemy tu całe wakacje.
-To fajnie!- ucieszył się.- Musimy jeszcze kiedyś powtórzyć tą imprezę.
-Jestem za.- odparłam,
Nastała chwila ciszy. Zaczęłam obserwować, co się dzieje dookoła. Liam i Niall rzucali się żelkami, Gabi i Louis tańczyli wtuleni w siebie i nie zwracali na nic uwagi, a Zayn stał przy konsolecie i gapił się na mnie. Posłałam mu promienny uśmiech, a on spuścił głowę i zajął się tym, co robił wcześniej.
-Jesteś śliczna- wyszeptał mi do ucha Harry. Popatrzyłam na niego; on przybliżył swoją twarz do mojej i odgarnął mi włosy z czoła. Musnął lekko moje usta. Nie wiem, co mnie opętało, ale odwzajemniłam ten gest. Po chwili nasz pocałunek stał się bardziej zachłanny i namiętny. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam tego przerywać. Pierwszy raz w życiu czułam coś takiego. W brzuchu latało mi stado motyli, a moje serce zalała fala ciepła. Wplotłam dłonie w jego w jego kręcone loki, a on przycisnął mnie bardziej do siebie. W końcu oderwaliśmy się od siebie i próbowaliśmy złapać powietrze.
-Przepraszam.- powiedział.- Nie mogłem się powstrzymać.
-Nic się nie stało.- odparłam i się uśmiechnęłam.- Było super.

*perspektywa Zayna*

Nie, nie mogę na to patrzeć! Kolejna panienka przewija się przez jego ręce. On i Kimberly poznali się zaledwie kilka godzin temu, a już się całują! I to na oczach wszystkich! To jest po prostu nie do pomyślenia! Nie mogę zrozumieć dlaczego każda dziewczyna leci właśnie na Harry'ego? W czym ja jestem od niego gorszy? Może nie mam tych pieprzonych kręconych włosów, które z chęcią bym mu teraz wyprostował, i dołeczków w policzkach, ale sądząc po opiniach fanek też jestem całkiem przystojny. A ta Kim bardzo mi się spodobała. Jasna cholera, że też nie mam takiego piekielnego szczęścia jak Styles! Gdybym tylko nie stał przy tej konsolecie, to zaraz zająłbym się nią jak trzeba. Nie, lepiej nie będę tam podchodził, bo w porywach złości jeszcze zrobię coś mojemu przyjacielowi. Jedyne czego teraz potrzebuję to świeże powietrze i papierosy- moi nieodłączni towarzysze. Ruszyłem w stronę Liama i Nialla, którzy postanowili spożytkować jakoś resztki pozostałego jedzenia i obrzucali się nim.
-Słuchajcie, ja idę sobie zapalić.- oświadczyłem.- Zajmijcie się muzyką. I przestańcie się rzucać tym żarciem!
Następnie poszedłem na taras. Usiadłem na schodach i zapaliłem fajkę. Zaciągnąłem się dymem i od razu poczułem się lepiej. Chociaż nadal byłem wściekły. Czy to możliwe, żebym się zakochał w Kimberly? Nie, to nierealne! To chwilowe zauroczenie; przecież jestem pijany, a w takim stanie wszystko może się wydarzyć. Szkoda tylko, że Harry ją wykorzysta, a potem porzuci. On postępuje tak z każdą. Dla niego dziewczyny to tylko zabawki, które odrzuca się w najciemniejszy kąt, gdy stają się nudne i niepotrzebne. Może ja powinienem ostrzec Kim przed nim? Nie, lepiej nie będę się do tego wtrącał. Zgasiłem peta i skierowałem się z powrotem do środka. Rozejrzałem się po salonie, który przypominał raczej burdel. Louis i jego nowa koleżanka spali w najlepsze na kanapie, Niall zaś wybrał sobie jakże wygodne miejsce pod stołem. Popatrzyłem na niego i mimowolnie zachichotałem, gdyż wyglądał bardzo komicznie z żelkami i kawałkami popcornu we włosach.
-Furby...- potrząsnąłem go za ramię.- Chodź na górę. No chodź...
Horan coś pomruczał pod nosem i przekręcił się na drugi bok. Nie to nie! Jak chce mieć rano oprócz kaca zakwasy, to proszę bardzo! Zrezygnowany ruszyłem w stronę schodów z zamiarem pójścia do swojego pokoju. Niestety, okazało się to nader trudne, gdyż Liam rozłożył się na stopniach. Jednak jakoś udało mi się go wyminąć i doczłapać do mojej sypialni. Tam walnąłem się na łóżka i już po chwili zasnąłem.




sobota, 8 grudnia 2012

Rozdział 3 "Bóg chyba nie jest aż tak okrutny, żeby niszczył mi moją radość jakąś katastrofą lotniczą?"

*tydzień później*
*perspektywa Kimberly*

W końcu nadszedł ten długo oczekiwany przeze mnie i Gabrielle dzień, czyli wyjazd do Anglii. Walizki spakowałyśmy już wczoraj, a w nocy w ogóle nie mogłyśmy zasnąć, a przynajmniej ja.
-Na pewno spakowałaś wszystkie potrzebne rzeczy?- zapytała moja mama już chyba po raz tysięczny.
-Tak.- zapewniłam i kontynuowałam jedzenie śniadania.
-A tabletki? Zabrałaś tabletki?
-Przecież sama mi je włożyłaś do torby!
-Naprawdę? Sprawdź lepiej. Przezorny zawsze ubezpieczony.
-MAM TABLETKI! Popatrz!- i wcisnęłam jej moją torbę podręczną do ręki.
-No dobrze.- mruknęła.- Weź sobie jeszcze kanapki i termos z herbatą, żebyś miała co jeść w samolocie.
-Oj mamo, nie przesadzaj. To raptem 2 godziny lotu, a ty mi dajesz tyle tego wszystkiego jak na jakiś obóz harcerski.
-Musisz się porządnie odżywiać.- powiedziała stanowczo i bez słowa włożyła mi żarcie do torby, a następnie usiadła na krześle i głośno westchnęła.- Chyba całkiem zwariowałam.
-Dlaczego?- zapytałam zdziwiona.
-Bo puszczam moją kochaną córeczkę na całe wakacje za granicę i to w dodatku samą, bez opieki. Żałuję, że się zgodziłam.
-O nie!- krzyknęłam, zrywając się z siedzenia.- Teraz już nie możesz się wycofać.
-Wiem.- przyznała.- Ale boję się, że sobie nie poradzicie i ty, i Gabrielle. Co z tego, że jesteście już dorosłe? Właśnie dorośli popełniają gorsze błędy niż dzieci.
-Nie martw się.- pocieszyłam ją i objęłam ją za szyję.- To tylko prawie 3 miesiące. Będziemy do siebie dzwonić.
-Kocham cię, dziecko.- rzekła z czułością moja rodzicielka i mocno mnie przytuliła
Wiedziałam, że będę za nią cholernie tęsknić. Bo pomimo tego, iż ciągle zwraca mi na coś uwagę, jest nadopiekuńcza, przewrażliwiona i nadal uważa mnie za dziecko, to i tak kocham ją najbardziej na świecie, jak nikogo innego; no, może za wyjątkiem Gabi i ojca. Kiedy odkleiłam się już od matki, pobiegłam w stronę schodów.
-TATO! Pospiesz się, bo się spóźnimy na samolot!
-Kochanie, mamy jeszcze mnóstwo czasy, zdążymy.- odparł spokojnie, schodząc na dół i przy okazji zapinając guziki u rękawów od koszuli.- No co?- zapytał zdziwiony, gdy zobaczył, że na niego patrzę ze zniecierpliwioną miną na ustach. Po chwili palnął się z otwartej ręki w czoło.- No tak, walizki!

*tymczasem w domu Gabrielle*
*perspektywa Gabrielle*

-Mamo, dosyć tego! Już wystarczy!- protestowałam stanowczo, gdy spostrzegłam, że kobieta pakuje mi do torby coraz więcej jedzenia.
-Jeszcze tylko to.- powiedziała i poszła do kuchni. Zaraz wróciła ze słoikiem w ręku.
-Zwariowałaś? Po co mi ogórki?- zdziwiłam się.
-Jak to po co? Do jedzenia oczywiście!- odrzekła, jakby to było normalną rzeczą, że ktoś lecący samolotem zabiera ze sobą słoik ogórków.
-Mamo, błagam cię!- krzyknęłam żałośnie.- To, że ty jesteś w ciąży i ciągle się obżerasz nie znaczy, że ja muszę brać ze sobą lodówkę!
-Czyli nie chcesz?
-NIE!
-O, to lepiej dla mnie!- ucieszyła się, odkręciła pokrywkę i odgryzła kawałek zielonego warzywka.- Mmm... To jest miód dla mojej wątroby.
-Z tym, że miód jest słodki, a ogórek kwaśny.- zauważyłam, a następnie wybuchnęłam śmiechem. Moja matka pochłaniała zawartość słoika jak odkurzacz; wyglądała przy tym bardzo zabawnie.
Nagle poczułam wibracje telefonu, który znajdował się w mojej kieszeni. Poszłam na taras i odebrałam.
-Słucham?
-Cześć Gabi!- po drugiej stronie usłyszałam głos mojej przyjaciółki.- I jak tam?
-Poza tym, że moja mama właśnie próbowała wpakować mi do torby słoik ogórków, to jest całkiem spoko.
-Hahahaha! Żartujesz? Myślałam, że tylko moja mama jest przewrażliwiona na punkcie jedzenia. No, ale twoja jest w ciąży, więc chyba możemy jej wybaczyć. To co, mogę się przygotować na konsumpcję ogórasków?
-Za późno. Już je zjadła.
-Ooo, szkoda.- rozczarowała się.- To co, o której będziesz na lotnisku?
-Za jakieś 15 minut.
-Okej, to na razie!

*kilkanaście minut później*
*perspektywa Kimberly*

Lotnisko- co za wspaniałe miejsce! Tłumy ludzi, każdy się gdzieś spieszy... Dotychczas widziałam to wszystko tylko na filmach. A teraz co? Ja, Kimberly Jones też tutaj jestem! I w dodatku za kilka godzin znajdę się w Anglii. Jeszcze tydzień temu nie przypuszczałam, że spotka mnie coś tak niezwykłego. Lecz to nie mara, to naprawdę się dzieje! Kątem oka spojrzałam na moją przyjaciółkę i zauważyłam, iż jest tak samo podekscytowana jak ja. Mocno ścisnęłyśmy się za ręce i razem podeszłyśmy do odprawy. Wszystkie formalności przebiegły bez problemu. Pozostało nam tylko pożegnać z najbliższymi, co obie uważałyśmy za zdecydowanie najtrudniejsze zadanie.
-Pamiętaj o zażywaniu tabletek w odpowiednim czasie.- przestrzegła mama, głaskając mnie po policzku.- I dbaj o siebie.
-Nie martw się, poradzę sobie.- odparłam i uścisnęłam ją najmocniej jak potrafiłam.- Tylko nie płacz.- pogroziłam jej palcem. Następnie podeszłam do taty, który uniósł mnie do góry i okręcił parę razy w powietrzu.
-Baw się dobrze. Tylko nie imprezuj za często, bo wiesz czym się to kończy. Dzwoń co jakiś czas, żebyśmy z matką wiedzieli, co się u was dzieje.
-Zadzwonię jak tylko dolecimy na miejsce.- obiecałam.
-Pasażerowie lecący do Londynu są proszeni o wsiadanie do samolotu.- odezwał się głos z głośnika.
-Muszę już iść.- oświadczyłam, jeszcze raz pożegnałam się z mamą i tatą i wspólnie z Gabrielle poszłyśmy korytarzem do wyjścia. Zanim zniknęłam w drzwiach, obejrzałam się ostatni raz w stronę rodziców. Zobaczyłam łzy, spływające po policzku Amelii i Stevena, który obejmował ją ramieniem. (od autorki: Amelia i Steven to imiona rodziców Kim, jakby co ; )) Już teraz poczułam, że bardzo za nimi tęsknię.
Kilka minut później znajdowałyśmy się już w samolocie, na swoich siedzeniach. Stewardessa pokazywała wszystkim pasażerom jak mają się zachowywać w razie katastrofy. Ale mnie to niezbyt interesowało. Bóg chyba nie jest aż tak okrutny, żeby niszczył mi moją radość jakąś katastrofą lotniczą? Więc zamiast słuchać tego jakże ciekawego wykładu, pogrążyłam się w obserwowaniu widoków przez okno. Muszę się nimi napawać, bo prawie przypłaciłam życiem walkę o fotel przy szybie.
-Dlaczego nie słuchasz?- zapytała mnie Gabi.
-Po co mam słuchać? Przecież nie będzie żadnej katastrofy!
-Tak, ciekawe skąd to wiesz? Jesteś jakąś wyrocznią, czy co?
-Kobieca intuicja.- wyjaśniłam ze śmiechem.- Ona nigdy mnie nie zawodzi.
-Żebyś się nie zdziwiła. Chciałabym tylko zobaczyć, jak będziesz rozkładać kamizelkę ratunkową.
-Ty mi ją rozłożysz.- powiedziałam, celując w nią palcem wskazującym.- W końcu słuchałaś tego wykładu.
-Tak, na pewno. Jak ja tobie rozłożę, to kto mi w tym czasie założy? Przecież może być już za późno!
-A tam, przynajmniej jedna z nas przeżyje.- machnęłam ręką.
-Jaka ty jesteś bezczelna!- krzyknęła i dała mi kuksańca w bok, a następnie obie się roześmiałyśmy.

*perspektywa Gabrielle*

Piękne widoki; ptaki ulatujące w dalekie przestworza, coraz to bardziej kłębiaste chmury i wspaniałe, błękitne niebo. Szkoda, że to wszystko musiało się tak szybko skończyć. Może dla innych ta podróż wydawała się zbyt długa i nudna, lecz dla mnie i Kim była fantastyczna. Na szczęście przepowiednia mojej przyjaciółki się spełniła i nie zaistniała żadna, więc nie musiałam się męczyć z zakładaniem sobie i jej kamizelki ratunkowej. Nareszcie samolot wylądował i poproszono nas o wysiadanie. Gdy tylko postawiłam stopę na londyńskim lotnisku, moją twarz smagnął lekki, przyjemny i ciepły podmuch wiatru.
-Gabi, to nie jest sen!- usłyszałam podekscytowany głos Kimberly.- My tutaj naprawdę jesteśmy! AAAAAAAA!!!
Dziewczyna chwyciła mnie za ręce i obie zaczęłyśmy skakać dookoła, wrzeszcząc przy tym na całe gardło, a ludzie przechodzący obok patrzyli na nas jak na opętane. W końcu się uspokoiłyśmy i odebrałyśmy nasze bagaże.
-Musimy jakoś się dostać do domu twoich dziadków.- powiedziała Kim.
Na nasze szczęście niedaleko znajdował się postój taksówek.
-Proszę nas zawieść na SunStreet 54 (od autorki: taka ulica w Londynie zapewne nie istnieje).- poleciłam kierowcy. Po chwili już znaleźliśmy się na drodze.
-Pamiętaj, że masz mówić od teraz po angielsku.- przestrzegłam przyjaciółkę.- Moi dziadkowie nie znają polskiego.
-No wiesz, mało kto w Londynie umie gadać po polsku.
-Ale ty jesteś roztrzepana i zapomnisz!
-O, proszę!- krzyknęła i zachichotała.- Czego się dowiedziałam od najlepszej kumpeli. Proszę się zatrzymać!- zwróciła się do kierowcy, który oczywiście nic nie zrozumiał i spokojnie jechał dalej. Ja zaś palnęłam się z otwartej ręki w czoło.
-Mówiłam, że tak będzie. Boże, z kim ja się zadaję?
-Aha, znowu pomyliłam języki. Dobra. Excuse me... (od autorki: z j.angielskiego: przepraszam)- zaczęła, ale zamknęłam jej usta dłonią.
-Cholera jasna, czy ty chociaż raz nie możesz zachowywać się jak normalny człowiek?
-Mogę.- odpowiedziała, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i ku mojemu zdumieniu do końca trasy siedziała już spokojnie.

*perspektywa Kimberly*

Kilkanaście minut później dotarliśmy na miejsce. Szczerze, to bardzo się z tego powodu ucieszyłam, bo zaczynało mi się nudzić w tym samochodzie. Najchętniej nadal bym się wygłupiała, gdyż uwielbiałam przy okazji denerwować tym Gabrielle, lecz nie chciałam, by się na mnie obraziła. Tylko kłótni nam brakowało.
-Pamiętaj jak masz się zachowywać.- przestrzegła mnie, gdy już stanęłyśmy przed drzwiami.
-Spokojnie, o wszystkim pamiętam.- zapewniłam. Gabi spojrzała na mnie, jakby zamiarowała powiedzieć: "Mam nadzieję".
Blondynka nacisnęła dzwonek i czekałyśmy. Nie minęła minuta, a usłyszałyśmy zgrzyt zamka i przed nami pojawiła się kobieta lat około 70, z twarzą pooraną zmarszczkami. Na głowie miała włosy, przyprószone siwizną, związane w idealnego koka. Na nasz widok uśmiechnęła się radośnie i porwała Gabrielle w ramiona.
-Witaj, wnusiu.- powiedziała i wyściskała serdecznie dziewczynę.
-Dzień dobry, babciu.- odparła, a następnie przedstawiła mnie.- Poznaj moją przyjaciółkę, Kimberly Jones.
-Dzień dobry, pani.- przywitałam się i wyciągnęłam rękę w stronę staruszki.
-Cześć. Chodźcie do środka, zapraszam.
Zabrałyśmy bagaże i wypełniłyśmy jej polecenie. Dom był niewielki i gustownie urządzony. Na ścianach porozwieszano przeróżne obrazy i kwiaty. Przez cało korytarz rozciągał się czerwony dywan. Babcia Gabi zaprowadziła nas do kuchni, gdzie przy stole siedział starszy pan, z łysą głową, czytający gazetę.
-Hej dziadku!- krzyknęła moja przyjaciółka, na co mężczyzna poderwał się na krześle.
-Mój Boże, jak ty wyrosłaś! W życiu bym cię nie poznał! A to pewnie Kimberly, twoja koleżanka, o której nam tyle opowiadałaś? Miło cię poznać.
-Mi pana również.- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się promiennie.
-Ale siadajcie, nie stójcie tak. Postawcie walizki przy .- zarządził.- Stephanie, na co czekasz? Podaj obiad, pewnie zgłodniały biedulki podczas podróży.
-Nie. Niech pan mi uwierzy, że moja mama zaopatrzyła mnie w dość obfity prowiant, więc już nic w siebie nie zmieszczę.- rzekłam.
-Ale kurczaka mojej żony chyba nie odmówicie? Naprawdę polecam.
-Skoro tak, to chyba się skusimy.
-Opowiadajcie jak tam podróż.- zachęcił nas staruszek.- Chcę wiedzieć na co się porywam.
Ja i Gabrielle pokrótce streściłyśmy dziadkowi nasze wrażenie z lotu samolotem i uspokoiłyśmy, że nie ma się absolutnie czego bać. Potem zjadłyśmy bardzo smakowity obiad. I nareszcie przyszedł czas na pożegnanie.
-Na nas już powoli przychodzi pora.- przemówiła babcia.- Taksówką będzie tutaj za 10 minut. Dziewczynki, pokażę wam wasze pokoje.
Poszłyśmy za nią na górę. Obie sypialnie znajdowały się obok siebie. Moja wyglądała po prostu idealnie; na samym środku stał mały stolik do kawy, przy ścianie łóżko, a nad nim półka. Obok okna była toaletka z wielkim lustrem i szufladką na kosmetyki. Ściany zostały pomalowane na biało i idealnie pasowały do czarnych mebli.
-I jak, podoba ci się?- zapytała mnie kobieta. Odpowiedziałam jej uśmiechem.
-Bardzo. Jest naprawdę super!
-Stephanie!- obie usłyszałyśmy głos pana Erica.- Pospiesz się, taksówka czeka.
Ja, Gabrielle i pani Clark zeszłyśmy na dół. Czekał tam już dziadek walizkami.
-No, nareszcie!- krzyknął.- Już myślałem, że się nie doczekam.
-Pamiętajcie o podlewawaniu kwiatków. I mam nadzieję, że gdy wrócimy do domu, to zastaniemy go w całości.
-Obiecujemy, że nie puścimy go z dymem.- zapewniła moja przyjaciółka.- Uważajcie na siebie i bawcie się dobrze. Papa!
______________________________________________

Pewnie jesteście zawiedzione,  że jeszcze nie ma chłopaków, co? Ale nie martwcie się, bo pojawią się w 4 rozdziale, w którym dużo się wydarzy ; )) Dzięki za wszystkie komentarze, jesteście wspaniałe! Jeszcze raz MASSIVE THANK YOU!
Boże, właśnie się dowiedziałam, że Taylor Swift i Harry są razem... Poczułam się jakoś dziwnie, taka pustka w sercu, jakbym straciła najważniejszą osobę w moim życiu. Wiem, bierzecie mnie za głupca, ale Harry jest dla mnie bardzo ważny, ludzie ja go KOCHAM! I wcale nie jestem pewna, czy dobrze trafił. Lubię Taylor; jest fajna, ładna, pięknie śpiewa i ma świetne piosenki, ale jej stosunek do chłopaków jest godny potępienia. Na palcach nikt nie zliczy ilu miała facetów. W dodatku skarży się na swoich byłych w piosenkach! Kto wie, czy już jutro się nie dowiemy, że rozstała się z Harrym, a za chwilę napisze o tym piosenkę! Pomyślcie co by to było: Taylor Swift skarży się na Harry'ego w piosence! Dla mnie to jest trochę nienormalne. A Wy, CO SĄDZICIE?
Mam do Was jeszcze jedną prośbę: Wszystkie osoby, które kiedykolwiek odwiedziły tego bloga i mają swoje blogi są proszone o wpisanie się do zakładki: "Wasze blogi". Jest to dla mnie bardzo ważne, bo nie mogę zapamiętać Waszych adresów, a bardzo chciałabym odwiedzić Wasze blogi i je poczytać. Dlatego jeśli się raz wpiszecie (czyli pozostawicie adres bloga) to wtedy będzie mi łatwiej ; ) Z góry dziękuję za zrozumienie ; )
Nie wiem, kiedy dodam następny rozdział. Być może w tygodniu jeśli znajdę czas. Na razie kochane! ; *

piątek, 30 listopada 2012

Rozdział 2 " Zastanawiam się, czemu ja się już pogodziłam z tym, że umrę, a innym to przychodzi tak trudno?"

*perspektywa Gabrielle*

Dlaczego jest tak, że każdy kiedyś musi umrzeć? Dlaczego odchodzą od nas najbliższe osoby, które odgrywają w naszym życiu największą rolę? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Nie mogę też zrozumieć, czemu Bóg wybrał właśnie Kim, aby dołączyła do Jego szeregów w Niebie. Przecież na świecie jest tyle ludzi, którzy chcą odebrać sobie życie lub je sobie niszczą; a On chce zabrać stąd ją, tą wiecznie roześmianą i tryskającą energią dziewczynę. Ja nadal nie mogę w to uwierzyć. Wiem, że kiedy Kimberly już tutaj nie będzie, to sobie bez niej nie poradzę. Do dzisiaj pamiętam ten dzień, w którym przeprowadziłam się do Polski. Właśnie wtedy poznałam moją przyjaciółkę. To ona pomogła mi w szkole, nauczyła mnie mówić po polsku, bo sama znałam tylko podstawowe zwroty. Zawsze mogłam na niej polegać i nigdy mnie nie zawiodła. A teraz, kiedy dowiedziałam się o tym, że za pół roku umrze, poczułam w sercu ogromną pustkę, tak jakby już nie żyła.
Od kilku nocy śnią mi się koszmary, głównie związane z Kimberly i nie mogę spać. W tym momencie jest dokładnie tak samo. Dochodzi szósta nad ranem, a ja leżę na łóżku i przewracam się z boku nad bok jak jakaś ułomna.
-Jedna owieczka przeskoczyła przez płot... Druga owieczka przeskoczyła przez płot... Trzecia owieczka przeskoczyła przez płot... Sto dwudziesta czwarta owieczka przeskoczyła przez płot... Cholera jasna, przecież to zawsze pomagało!
Jednak nawet metoda z liczeniem owiec mnie zawiodła. Próbowałam jeszcze medytować, słuchać cichej muzyki. Ale to też na nic! Nie zasnę i koniec! A powinnam spać przynajmniej do dwunastej, bo dokładnie wczoraj zaczęły się wakacje. Co za ironia losu! Dlaczego jeśli chodzę do szkoły zawsze rano mam ochotę zostać w łóżku, a gdy mam wolne, to za cholerę nie usnę?!
Po chwili postanowiłam pooddychać świeżym powietrzem, więc wyszłam na balkon i usiadłam na barierce. Nagle spostrzegłam, że naprzeciwko mnie, w odległości kilkuset metrów siedzi Kim. Ucieszyłam się i krzyknęłam:
-Hej! Czeeeść!
Przyjaciółka spojrzała w moją stronę, uśmiechnęła się i pomachała mi. Następnie zaczęła się wspinać po drzewie i już zaraz znalazła się obok mnie.
-Ty też nie możesz spać?- zapytała.
-Tak.- odparłam i przetarłam oczy wierzchem dłoni.- Cholera, nici wyszły z naszych planów. Przecież miałyśmy zamiar spać do południa.
-Ja na pewno bym spała.- mruknęła z gniewem.- Ale matka mnie obudziła, bo się uparła, że koniecznie muszę połknąć tabletki, ponieważ ona i ojciec do wieczora będą siedzieć w pracy, więc na pewno zapomnę.
Wybuchnęłam głośnym i niepohamowanym śmiechem. Kimberly uwielbiała naśladować i przedrzeźniać swoich rodziców. Wyglądała wtedy naprawdę przekomicznie.
-To wcale nie jest śmieszne.- powiedziała, patrząc na mnie z oburzoną miną.- Ona już przesadza z tymi tabletkami, syropami i tym całym cholerstwem. Ona chyba nadal się łudzi, że wyzdrowieję.
-Dziwisz się jej?- zapytałam.- Jesteś jej jedynym dzieckiem i cię kocha. To oczywiste, że chce, żebyś wyzdrowiała.
-Wiem.- przyznała.- Zastanawiam się, czemu ja się już pogodziłam z tym, że umrę, a innym to przychodzi tak trudno?
-Bo ty jesteś wieczną optymistką i niczym się nigdy nie przejmujesz. W przeciwieństwie do mnie, bo ja nadal nie mogę zapomnieć tego dnia, w którym powiedziałaś mi o tym, że umrzesz.
-Niepotrzebnie ci w ogóle o tym wspominałam.
-Przestań, i tak bym się prędzej czy później o tym dowiedziała. Dobra, zmieńmy temat, bo zaraz się rozryczę. Masz już jakieś plany na wakacje?
Kim od razu się ożywiła. Uwielbiała o tym rozmawiać, zwłaszcza że jej pasją były wszelakie podróże i wycieczki.
-Jeszcze nie mam planów. Ale pomyślałam sobie, że skoro są to dla mnie ostatnie wakacje, to muszę zrobić w nie coś szalonego.
-Słuchaj, bo ja mam pomysł.- rzekłam.
-Dawaj.- zachęciła mnie i nadstawiła uszu.
-Niedawno zadzwoniła do mamy moja babcia. Ona i dziadek mają 45 rocznicę ślubu i z tej okazji chcą się wybrać w podróż dookoła świata na jakieś 2-3 miesiące. Oni na co dzień mieszkają w Anglii i nie ma kto zaopiekować się domem do ich powrotu. Babcia poprosiła mamę, ale ona jest w ciąży, więc jej może taka wycieczka za granicę zaszkodzić. Dlatego ja się zaoferowałam. Jadę za tydzień i pomyślałam, że dotrzymasz mi towarzystwa.
-Wyjazd do Anglii na całe wakacje z najlepszą przyjaciółką?- zastanowiła się z chytrym uśmieszkiem na ustach.- To mi się podoba! Podpisuję się pod tym obiema rękami!
-To super!- wykrzyknęłam i rzuciłam się na nią. Byłyśmy takie ucieszone, że o mało nie spadłyśmy z barierki.- Tak bardzo się cieszę, że nie będę tam sama.
-No co ty? Przecież wiesz, że nie zostawiłabym cię bez towarzystwa. Pojadę za tobą na koniec świata i jeszcze dalej! W końcu od czego są przyjaciele?
I ponownie się przytuliłyśmy. A mnie znowu ogarnęło uczucie tej ogromnej pustki i tęsknoty a czymś, co odeszło i nie wróci...

*wieczorem*
*perspektywa Kimberly*

Cały dzień myślałam nad propozycją Gabrielle. Bardzo chciałabym polecieć z nią do Anglii. W końcu mój ojciec się tam urodził i stamtąd pochodzi, więc to jest tak jakby moja druga ojczyzna. Poza tym, mam już 18 lat. Dlatego powinnam się usamodzielnić i sama o sobie decydować. Szkoda tylko, że do moich rodziców te argumenty jakoś nie trafiają, bo już od godziny siedzę z nimi w kuchni i skutki namawiania ich na wyjazd można określić jako mizerne.
-No ale dlaczego nie?- zapytałam chyba po raz tysięczny.
-Bo nie i już.- odpowiedział tata i przerzucił kartkę gazety, którą w tym momencie czytał, zamiast słuchać mnie.
-"Bo nie" jest argumentem ludzi, którzy nie mają argumentu.
-Nie bądź bezczelna!- zdenerwowała się matka.- Nigdzie nie jedziesz i koniec.
-Chciałabym zauważyć, ze dokładnie drugiego marca tego roku skończyłam 18 lat, co oznacza, że stałam się dorosłą obywatelką tego kraju. A to znaczy, że mogę już sama o sobie zdecydować.
-Pamiętaj jednak o tym, że dla nas jesteś zawsze dzieckiem, a przynajmniej do naszej śmierci.- palnął.
-Weźcie się zgódźcie! Nie bądźcie wredni. Dlaczego nie chcecie się zgodzić?
-Kim, kochanie, zrozum że jesteś chora i nie możemy puszczać cię samej na koniec świata.
-Jaki koniec świata?!- przerwałam mu.- Anglia znajduje się całkiem niedaleko Polski. Poza tym będzie ze mną Gabrielle. Ona się mną świetnie zaopiekuje; w końcu jej tata jest lekarzem.
-Co nie zmienia faktu, że obie jesteście bardzo postrzelone.- powiedziała mama.- Jesteście w wieku, w którym różne głupie rzeczy wpadają do głowy.
-Na przykład jakie?- zapytałam, poprawiając się na krześle.
-Możesz się upić jak świnia, zażyć narkotyki, uprawiać seks z przypadkowymi chłopakami. Wszystko się może zdarzyć.
-Oj proszę cię, nie przesadzaj. Ja i Gabi jesteśmy rozsądne i nie sprzedajemy się za friko tak jak niektóre laski.
-Dobrze, oszczędź nam tych szczegółów.- mruknął mój staruszek.
-Przepraszam bardzo, ale to mama zaczęła gadać o seksie!- obroniłam się.
-Lepiej zmieńmy temat...
-Właśnie nie zmieniajmy tematu, mamo! Nie dam wam spokoju, dopóki mi nie pozwolicie lecieć do Anglii.
-Co się tak tego uczepiłaś jak rzep do psiego ogona?- zaciekawiła się matka.
-Bo wakacje są od tego, żeby gdzieś wyjeżdżać, a nie kisić w domu jak ogórek w słoiku! Chcę się dobrze bawić zanim zacznę te cholerne studia.
-O właśnie, to jest teraz najważniejsza sprawa moja córko!- oświadczył poważnym tonem tata.- Wybranie kierunku i przygotowanie się, a nie jakieś bezsensowne eskapady.
-Mam jeszcze mnóstwo czasu na te wszystkie ceregiele.- powiedziałam, dając im tym samym do zrozumienia, że nie poddam się tak łatwo.- Poza tym temat kierunku studiów poruszaliśmy już dawno i zdecydowaliśmy wspólnie, że idę na prawo, więc nie wiem co jeszcze mam w tej sprawie postanawiać. Dla mnie obecnie najważniejszą rzeczą jest dobry wypoczynek. A więc zgadzacie się, żebym wyjechała z Gabrielle do Anglii?
-Nie!- wrzasnęli chórem rodzice.
-NIENAWIDZĘ WAS!- krzyknęłam równie głośno i pełna gniewu wybiegłam z kuchni, kierując się na górę.
-Żartowaliśmy!- usłyszałam po chwili.- Zgadzamy się!
Zeszłam z powrotem ze schodów i pędem pognałam do pomieszczenia, z którego wcześniej wybiegłam, aby rzucić się na moich staruszków.
-Odwołuję wszystko, co do tej pory powiedziałam. KOCHAM WAS!
_____________________________________________________

Dzięki wielkie za komentarze! Nie spodziewałam się tylu!
Dzisiejszy rozdział dedykuję Wam wszystkim, kochane!
Następny w sobotę za tydzień!

niedziela, 25 listopada 2012

Rozdział 1 "Czy naprawdę nie ma już żadnej nadziei?"

*kilka lat wcześniej*
*perspektywa Kimberly"

-Czy naprawdę nie ma już żadnej nadziei?- zapytała moja mama doktora Spencera, który spoglądał to na nią, to na mnie smutnym wzrokiem.
-Bardzo mi przykro.- pokręcił głową.- Wada serca jest bardzo rozległa. Tu nawet dawca nic nie pomoże.
Matka ukryła twarz w dłoniach. Ojciec, siedzący obok niej, objął ją ramieniem, pozwalając by się wypłakała. Zaś ja leżałam na łóżku, zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie chciało mi się płakać, chociaż na pewno powinnam, bo przecież właśnie dowiedziałam się, że prawdopodobnie nie pozostało mi już zbyt wiele czasu. Nie byłam typem dziewczyny, która ryczy za każdym razem, gdy spotka ją jakaś tragedia. Właściwie to nigdy nie płakałam, gdyż nie miałam do tego powodów. Moje życie wyglądało jak bajka. Rodzice posiadali własne wydawnictwo i prowadzili gazetę, najczęściej czytaną w całej Polsce. Zarabiali za to mnóstwo kasy i ja przebierałam w ich pieniądzach. Zawsze dostawałam to, czego zapragnęłam. Przeciętny człowiek, przyglądający się mi z boku z pewnością powiedziałby, że mam wszystko idealnie poukładane. Ale nie wiedziałby, jak bardzo się myli...
Moja mama urodziła mnie, gdy była w 7 miesiącu ciąży. Lekarze nie dawali mi żadnych szans na przeżycie. Jednak żyję; pozostała mi tylko poważna wada serca, której w żaden sposób nie da się wyleczyć. Na początku nie przeszkadzało mi to tak bardzo. Ale ostatnimi dniami czułam się coraz gorzej, nawet kilka razy zasłabłam. Rodzice postanowili zabrać mnie do mojego kardiologa. No i wyszło na to, że właściwie mogę się z nimi już pożegnać.
-Ale panie doktorze, niech pan powie, że jest chociaż cień nadziei!- błagała matka, zalewając się łzami.- Że jest chociaż malutka szansa...
-Może jakaś operacja?- zapytał z nadzieją tata.- My zapłacimy ile trzeba. Tylko niech nasza córeczka wyzdrowieje.
-Proszę się uspokoić.- odparł mężczyzna w białym fartuchu.- Przecież już państwu mówiłem: żadna operacja, żaden dawca! Nikt i nic już tutaj nie pomoże. Państwa córce pozostało pół roku.
Wypowiedział te słowa tak chłodno, że żołądek  podskoczył mi do gardła. To powinno dać do zrozumienia moim rodzicom, że nawet sam Pan Bóg już mnie nie uratuje. Ojciec podniósł się z krzesła i oświadczył poważnym głosem.
-Jest pan najgorszym lekarzem jakiego kiedykolwiek spotkałem. Złożę na pana skargę, że odmawia pan pomocy swojemu pacjentowi, a o ile wiem obowiązkiem lekarza jest udzielanie pomocy bez względu na wszystko. Obiecuję, że dopilnuję, aby wyleciał pan stąd jak najszybciej. Amelio, Kimberly, wychodzimy!
Matka również podniosła się z siedzenia. Oboje podeszli do mnie i pomogli mi wstać z łóżka, a następnie wyprowadzili z gabinetu. W milczeniu pokonaliśmy drogę, która dzieliła nas do wyjścia. Po chwili wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy do domu.
-Nie martw się, kochanie.- powiedział tata pocieszająco.- Znajdziemy ci nowego i lepszego lekarza.
-Pieprz się z lekarzami.- mruknęłam pod nosem i założyłam słuchawki na uszy. Podgłośniłam muzykę na maksa, żeby tylko nie myśleć o tej feralnej wizycie. Zagłębiłam się całkowicie w piosence, która akurat się rozpoczynała.
Droga nie trwała zbyt długo, bo po dziesięciu minutach dotarliśmy do celu. Mama otworzyła drzwi kluczem i we troje weszliśmy do środka. Od razu skierowałam się na górę do swojego pokoju.
-Kim, poczekaj! Musisz zażyć tabletki.- odezwała się moja rodzicielka.
-Po co? I tak umrę.- odparłam.
-Kochanie, nie mów tak.- skarciła mnie.- Znajdziemy ci takiego kardiologa, który cię wyleczy.
-Mamo, przestań!- krzyknęłam.- Doktor Spencer leczył mnie od urodzenia i jakoś wcześniej nie mieliście do niego zastrzeżeń. Ale kiedy powiedział, że najprawdopodobniej umrę, to nagle chcecie go zmieniać.
-Zrozum, że próbujemy cię ratować z każdej strony.
-Wiem.- przyznałam i ucałowałam matkę w policzek.- Myślę, że jesteś po prostu przewrażliwiona.
-Przewrażliwiona? Właśnie się dowiedziałam, że moja jedyna i ukochana córeczka umrze, a ty mi mówisz, że jestem przewrażliwiona?
- I ty, i tata jesteście jeszcze młodzi. Zawsze możecie coś zmajstrować.
- Wiesz co. twój sarkazm mnie czasem przeraża!- mama zmierzwiła mi włosy, a ja się roześmiałam i pobiegłam do swojego pokoju. Tam rzuciłam się na łóżko i ukryłam twarz w dłoniach.
- Boże, jestem jakaś nienormalna.- wyszeptałam sama do siebie.- Zaledwie godzinę temu powiedziano mi, że umrę i zamiast użalać się nad swoim nędznym losem, to się cieszę jak wariatka.
Poleżałam jeszcze przez chwilę, a następnie wyszłam na balkon. Gdy tylko postawiłam na nim stopę, moją twarz smagnął lekki i przyjemny powiew wiatru. Wspięłam się na barierkę i na niej usiadłam. Często tak robiłam, gdy chciałam popatrzeć na świat z góry lub żeby po prostu pomyśleć. Zamknęłam oczy i uniosłam brodę ku górze, w stronę słońca.
-Kim! Kim!- nagle usłyszałam jakieś wrzaski z dołu. Spojrzałam tam i ujrzałam moją przyjaciółkę, Gabrielle. Machała do mnie rękami.
-Cześć!- krzyknęłam.- Co tam słychać?
-Możesz zejść?!
-Dlaczego?- zapytałam.
-Zamierzasz tak wrzeszczeć na całe osiedle?
-Nie.- zaprzeczyłam i poklepałam miejsce obok siebie.- Przecież możesz się tutaj wspiąć.
-Wrrr...- mruknęła i postawiła na trawniku torbę, która wcześniej wisiała na jej ramieniu.- Dlaczego to zawsze ja się muszę wspinać? Czemu to ty chociaż raz nie możesz zeskoczyć?
-No, już nie marudź, tylko chodź.
Moja przyjaciółka wspięła się na konar drzewa, oddzielającego od siebie podwórka naszych domostw. Nasi ojcowie już dawno chcieli je wyciąć, ale kiedy odkryłyśmy, że dzięki niemu możemy przedostać się do naszych pokoi bez wychodzenia z mieszkania, to kategorycznie zabroniłyśmy jego usunięcia. Po chwili Gabrielle siedziała już obok mnie. Zgodnie z tradycją przytuliłyśmy się na powitanie. Spojrzałam na nią i uświadomiłam sobie, jak bardzo ją kocham. Gdy sobie pomyślę, że za pół roku będę musiała zostawić ją, rodziców, to w gardle stawał mi ogromny burak. Przez ostatnie 11 lat byłyśmy praktycznie nierozłączne. Do dzisiaj pamiętam, jak Gabi przeprowadziła się do Polski z Kanady. Obie miałyśmy wtedy siódemkę na karku. Nikogo tu nie znała i ja się nią zainteresowałam. Sama wiedziałam jak to jest nie mieć nikogo bliskiego, bo jestem w połowie Angielką. Dzieci z obcych krajów wcale nie mają tak łatwo jak się niektórym wydaje. A ja i ona dobrałyśmy się idealnie. Rozumiemy się bez słów i mamy wspólne zainteresowania. Różni nas chyba tylko to, że moja przyjaciółka jest bardziej zrównoważona ode mnie. Ona stara się twardo stąpać po ziemi i zazwyczaj wszystko jej się udaje. Zaś mnie można określić jako typową wariatkę, która ciągle ma pod górkę i pakuje się w coraz to nowe tarapaty.
-Czemu nie było cię dzisiaj w szkole?- zapytała mnie Gabi.
-Pojechałam z rodzicami do lekarza.- wyjaśniłam.- Zasłabłam dzisiaj rano, więc się uparli, że muszę zrobić badania.
-I co się okazało?
-Nic.- skłamałam.- Jestem zupełnie zdrowa.
Nie chciałam wyjawić jej prawdy, bo wiedziałam, że od razu się rozklei. Jest bardzo wrażliwa. Ale również łatwo wykrywała u mnie łganie, tak jak teraz. Swoim zwyczajem przechyliła głowę w bok i poruszyła zabawnie brwiami.
-A tak na serio?- odezwała się.
-Jak ty mnie dobrze znasz!- krzyknęłam z niedowierzaniem.
-W końcu nie znamy się od wczoraj.
-Gabi, przepraszam.- powiedziałam.- Czasem bywa tak, że im mniej wiesz, tym lepiej.
-Kim, jesteśmy przyjaciółkami. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie, że będziemy mówiły sobie o wszystkim?
Potwierdziłam. Znałyśmy swoje najskrytsze tajemnice i sekrety. Ale dlaczego ona nie może zrozumieć, że niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć?!
-Mojej wady serca nie da się wyleczyć. Umrę... najprawdopodobniej za pół roku...
-Co?!- wrzasnęła i o mało nie spadła z barierki.- O czym ty do cholery gadasz?
-Chciałaś wiedzieć prawdę, to teraz wiesz.
-Przecież to niemożliwe! Ty nie możesz umrzeć! Powiedz mi, że kłamiesz, proszę!
-Bardzo chciałabym, żeby to było kłamstwo. Nie, błagam, tylko nie to!
Za późno; po rumianych policzkach Gabrielle stoczył się potok łez. Ukryła twarz w dłoniach, bo wiedziała, że nie lubię patrzeć, gdy ona płacze. Jednak chwyciłam ją za ręce i trzymałam je w swoich. Spojrzałam na jej żałosne i smutne oblicze, na jej błękitne, mokre oczy. Nagle poczułam słone krople wody na mojej buzi.
-Przestań.- wyjąkałam z trudem.
-Dlaczego?- zapytała retorycznie.- Dlaczego zawsze zabraniasz mi ryczeć? Przecież ja MUSZĘ to robić. Właśnie się dowiedziałam, że powoli tracę przyjaciółkę, jedną z najważniejszych osób w całym moim życiu. Czy to nie jest wystarczający powód na to, żebym płakała?
-Będziesz płakać jak już umrę, wtedy nikt nie zwróci ci już na to uwagi. Ale jeszcze żyję i chcę cię widzieć radosną i roześmianą, taką jaką jesteś na co dzień.- po tych słowach starłam kciukiem łzę z jej policzka. Ona smutno się uśmiechnęła.
-Tak bardzo cię kocham, Kim.- rzekła i padłyśmy sobie w ramiona.
-Ja też cię kocham.
Nagle usłyszałyśmy jakieś nawoływania z dołu. Spojrzałyśmy tam i zobaczyłyśmy matkę Gabi. Była to kobieta o brązowych oczach i krótko ściętych włosach barwy rudej. W dodatku miała dosyć zaokrąglony brzuch, bo za 3 miesiące urodzi swoje drugie dziecko.
-Gabrielle, na miłość boską!- krzyknęła.- Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie wspinała się po żadnych drzewach i balkonach! Ty chyba chcesz, żebym ja na zawał padła!
-Mamo, wyluzuj.- odpowiedziała moja przyjaciółka.- Nic mi się nie stanie.
-Ja tam swoje wiem. W tej chwili schodź na dół i chodź na obiad!
-Już idę! No to cześć!- pożegnała się ze mną i już jej nie było. Westchnęłam ciężko i również zeszłam z barierki, a następnie skierowałam się do swojego pokoju.
_____________________________________________________

Cześć! No i jest rozdział 1. Miał być wczoraj, ale przyszła ze swoim "sraj do szamba" Martyna i z Iwoną mnie z kompa wywaliły x D Ale dzisiaj już żadna siła mnie nie powstrzymała x D Nawet ziemniaki!
No to co do rozdziału, to pewnie jesteście trochę zawiedzione, że nie ma jeszcze chłopaków, ale bądźcie spokojne, bo się wkrótce pojawią ; ) Chciałabym zadedykować dzisiejszą notkę Labi Tomlinson, na której cześć powstała Gabrielle x D Co prawda Twoja mama nie ma rudych włosów, brązowych oczu chyba też nie i nie jest w ciąży, ale czasem można się trochę z prawdą wyminąć nie ? x D
Dzięki za 8 komentarzy pod ostatnim rozdziałem! Jesteście wspaniałe i Was po prostu kocham! Następny pojawi się za tydzień w sobotę ; ) Na razie miśki!

wtorek, 20 listopada 2012

Prolog

<MUZYKA>

Londyn- niezwykle ponure i mroczne miasto. Każdy dzień wyglądał tu tak samo, zwłaszcza dla Niego odkąd Ona odeszła... Od rana do wieczora padał deszcz, który czynił smutne ulice jeszcze bardziej szarymi i przygnębiającymi. Dzisiaj też jego krople odbijały się głośnym stukotem o szybę; na dworze panowała ciemność. Wielki dom, stojący na uboczu, z dala od ludzi i zgiełku, był ogarnięty ciszą. W salonie, oświetlonym tylko przez dogasający już ogień w kominku na podłodze siedział czarnowłosy chłopak, o śniadej skórze. Obok niego leżało mnóstwo zdjęć. Jedno z nich trzymał w ręku. Przedstawiało ono dziewczynę z długimi, brązowymi włosami i niebieskimi oczami, w których szalały iskierki radości. Na jej bladej i pięknej twarzyczce widniał uśmiech. Po policzku Mulata stoczyły się dwie łzy; łzy smutku i tęsknoty.
-Moja Kim...- wyszeptał i ucałował fotografię.- Tak bardzo cię kocham... Nie mogę uwierzyć, że to już 5 lat jak cię tu nie ma...
Tak bardzo za nią tęsknił i ciągle nie mógł o niej zapomnieć. Od śmierci Kimberly minęło tyle czasu, a Zayna nadal bolało serce. To było dla niego tragedią, która na zawsze pozostanie w jego pamięci. Odkąd umarła, stał się wrakiem człowieka. Rzadko się uśmiechał, praktycznie w ogóle nie wychodził z domu, bardzo zmizerniał. Odszedł też z zespołu; nie dał rady śpiewać i tańczyć, jednocześnie wiedząc, że Jej tu nie ma... Jego największej fanki, która zawsze go wspierała i mu kibicowała. Więc jak mógł się cieszyć?
Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. Niechętnie wstał z podłogi i poszedł otworzyć. Za progiem ujrzał swoich przyjaciół: złotowłosą Gabrielle i brązowowłosego Louisa, który trzymał na rękach małą osóbkę w różowej czapeczce i zielonym płaszczyku, a w buzi miała smoczek, którego zawzięcie ssała.
-Cześć.- przywitała się dziewczyna i przytuliła Zayna.- Wpuścisz nas?
-Jasne, wchodźcie.- powiedział i otworzył drzwi na oścież, umożliwiając gościom wejście do środka.
-Dlaczego tu jest tak ciemno?- zapytał Lou, zapalając światło w korytarzu.
-Przepraszam, byłem sam, więc nie było sensu świecić...
Tomlinson pokręcił głową, a następnie postawił dziecko na podłodze i rozebrał je z płaszczyka. Mała pobiegła do Mulata i objęła swoimi drobnymi ramionkami jego kolana. On wziął ją na ręce, z czego ona zaczęła się cieszyć. Córeczka Louisa miała tak promienny śmiech, że rozbawił on nawet Zayna.
-Wujek! Wujek!- krzyczała radośnie, co spowodowało, że smoczek wypadł jej z buzi i potoczył się na dywan.
-Kim, mówiłam ci, żebyś nie wypluwała smoczka na ziemię.- skarciła ją Gabrielle i podniosła przedmiot. Następnie zwróciła się do Malika:- Przywieźliśmy ciasto. Mogę iść do kuchni, nastawić wodę na herbatę?
-Jeśli chcesz...- odparł obojętnie i skierował się do salonu. Louis poszedł za nim.
-Oglądałeś zdjęcia?- zapytał, biorąc jedno z nich do ręki.
-Tak.- potwierdził i zaczął zbierać fotografie z podłogi, potem włożył je do pudełka i postawił na stole.
-Właśnie wracamy z cmentarza i pomyśleliśmy, że wpadniemy i dotrzymamy ci towarzystwa.
-Byliście na grobie Kimberly?
-Tak.- odrzekł.- Boże, nadal nie mogę uwierzyć, że to już 5 lat...
-Wujku...- odezwała się mała Kim i wgramoliła się na kolana Zayna.- A tatuś mi mówił, ze to po cioci mam swoje imie. To plawda?
-Tak.
-A dlacego ciocia umalła?
-Ciocia była bardzo chora.- wyjaśnił Malik i przymknął oczy, by powstrzymać cisnące się do nich łzy.
-Opowies mi cos o niej?- zapytała z nadzieją w swoim dziecięcym głosiku i złożyła błagalnie rączki jak do modlitwy.
-Kim, kochanie, daj wujkowi spokój.- wtrącił się Louis.-Wujek nie najlepiej się czuje.
-Lou.- przerwał mu Mulat.- Z chęcią opowiem małej o jej imienniczce. Czasem wspomnienia dobrze mi robią. A więc teraz usiądź sobie wygodnie i posłuchaj. To było tak...
_________________________________________

Cześć! No i jest prolog ; ) Może się wydawać trochę bez sensu, bo właściwie już wszystkiego będzie można się dowiedzieć, ale tak miało być. Od razu uprzedzam, że narracja w rozdziałach będzie pierwszoosobowa, tutaj zrobiłam trzecioosobową bo tak mi się lepiej go pisało. Muszę już spadać, więc dzięki za komentarze pod ostatnim postem i mam nadzieję, że teraz też ich kilka będzie ; )  Rozdział dodam gdzieś w przyszłym tygodniu. Narazicho ; )

niedziela, 18 listopada 2012

Wprowadzenie + bohaterowie.

Cześć! Nie wiem, co mnie naszło, ale założyłam drugiego bloga x D  Dla przypomnienia: jestem Marry Styles z bloga one-direction-wonderful-story.blogspot.com. Pewnie wiele z Was trochę mnie zna ; )  Długo się zastanawiałam, czy zacząć pisać nowe opowiadanie, czy też nie powinnam tego robić. Pomysł na nie wpadł mi szczerze mówiąc na chemii i od tego czasu tylko ono chodziło mi po głowie i nie chciało wylecieć. Po długich rozmyślaniach zdecydowałam się na to wczoraj i napisałam prolog. Wyszedł mi on (nie chwaląc się) całkiem, całkiem ; )  Za całą szatę graficzną, czyli szablon i nagłówek, nad którym siedziała wczoraj i dzisiaj przez kilka godzin, jest moja kochana siostra Iwonka, której bardzo dziękuję ; )  Dziękuję również Zulci z bloga: http://from-hatred-to-love.blogspot.com/ , która służyła mi dobrą radą ; )  A więc dzisiaj chciałabym dodać bohaterów. Mam nadzieję, że pojawi się chociaż kilka osób, które będą mi kibicować i wspierać ; )  No to, zaczynamy!




Kimberly Jones- osiemnastoletnia dziewczyna, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Ma angielskie korzenie, lecz mieszka w Polsce; jej mama jest Polką, zaś tata pochodzi z Anglii. Swoje imię odziedziczyła po babci. Jest zwariowana, szalona, wiecznie uśmiechnięta, sympatyczna, rzadko płacze, nawet pomimo swojej tragedii życiowej. Wręcz tryska pozytywną energią. Ma przyjaciółkę Gabrielle. Znajomi i przyjaciele mówią na nią "Kim". Podczas wakacji przeżyje niezwykłą przygodę, pozna wspaniałych ludzi (konkretnie pięciu chłopaków). Dwóm z nich nieźle namiesza w życiu...




Gabrielle Swan - osiemnastoletnia dziewczyna, o blond włosach i niebieskich oczach. Pochodzi z Kanady, lecz w wieku 7 lat przeprowadziła się z rodzicami do Polski, gdzie poznała swoją przyjaciółkę, Kim. Jest miła, sympatyczna, wrażliwa, bardziej zrównoważona od Kimberly. Można powiedzieć, że zawsze przestrzega ją przed popełnianiem głupstw, ale najczęściej w nich uczestniczy. Wspólnie z nią wyjeżdża na wakacje do Anglii, gdzie spotka miłość swojego życia...


Harry Styles- osiemnastoletni chłopak, o brązowych, kręconych włosach i zielonych oczach. Mieszka w stolicy Anglii, Londynie wraz z czwórką przyjaciół. Należy do popularnego na całym świecie zespołu One Direction, zarazem jest idolem miliona nastolatek. Jest zwariowany, szalony, miły, uśmiechnięty, przystojny, zabawny, obdarzony niezwykłym talentem w postaci pięknego głosu. Jeszcze nie przypuszcza, że jedna impreza może zmienić w jego życiu diametralnie wszystko...


 

Zayn Malik- dziewiętnastoletni chłopak, o czarnych włosach z blond pasemkiem na grzywce i brązowymi oczami. Mieszka w stolicy Anglii, Londynie wraz z czwórką przyjaciół. Jest członkiem popularnego zespołu One Direction i idolem wielu nastolatek. Uchodzi za najbardziej niegrzecznego chłopaka w boysbandzie. Jest miły, sympatyczny, szalony, przystojny, zabawny, ma piękny głos, którym zachwyca mnóstwo fanek. Nie wie jeszcze, że zakocha się na zabój w pięknej dziewczynie, która zmieni jego patrzenie na świat...


Louis Tomlinson- dwudziestojednoletni chłopak, o brązowych włosach i niebieskich oczach. Mieszkaniec Londynu. Ma czwórkę zwariowanych przyjaciół. Należy do popularnego boysbandu One Direction. Jest miły, sympatyczny, zabawny, szalony, obdarzony niezwykłym i słodkim głosem oraz poczuciem humoru. Potrafi rozśmieszyć nawet największego gbura. W te wakacje pozna dziewczynę, która nieźle namiesza mu w głowie...